Analitycy przewidują krach na Wall Street. A co ze złotem?

Starając się w miarę obiektywnie oceniać rzeczywistość, w której żyjemy, można powiedzieć, że mamy do czynienia z niezwykle ciekawymi czasami. Mowa oczywiście o zawirowaniach na rynkach finansowych i w globalnej gospodarce, a nie o anomaliach pogodowych. Choć i te mają przecież rzesze bacznych obserwatorów i badaczy.

2013 był niewątpliwie rokiem przełomowym dla wielu sektorów, które decydują o finansowych losach świata. Choć w trakcie ostatnich dwunastu miesięcy nie dowiedzieliśmy się, czy postępujący proces zadłużania się największych gospodarek zmieni układ sił na świecie, to jednak dziś wiemy już, że proces nie będzie mógł trwać w nieskończoność. Wydawało się, że padnie mit o nieśmiertelnej Ameryce, która jednak jak co roku znalazła sposób na wyjście z sytuacji... bez wyjścia.

USA na plusie, GPW w impasie

Taki rozwój wypadków nie pozostał bez wpływu na sytuację na Wall Street, gdzie paradoksalnie 2013 był rokiem niezwykle udanym. Mało tego – najlepszym od przeszło dekady. Narodowy patriotyzm nakazuje nam odniesienie się w tym momencie do wyników jakie w tym czasie osiągał warszawski WIG-20 (później WIG-30). Wykres za ostatnie dwanaście miesięcy nie przedstawia się jednak tak spektakularnie, jak ten za oceanem, a ostatni kwartał 2013 roku cechował się nawet dużą zmiennością, niestety bez happy endu.

Wielu analityków jeszcze pod koniec zeszłego rozpoczęło snucie mrocznych wizji krachu, który ma rzekomo przyjść w ciągu najbliższych miesięcy. Rzeczywiście przemawiające za korektą argumenty są dość mocne (mocno przeszacowane wyceny spółek, hurra optymizm inwestorów, koniec QE3, przede wszystkim jednak kredyty, pożyczki, zadłużenie...). Jeśli rzeczywiście tak się stanie, naturalne wydaje się postawienie kluczowego pytania dotyczącego rynku najcenniejszego z kruszców: co wtedy stanie się ze złotem?

Rekordowe spadki wcale nie muszą oznaczać równie intensywnego odbicia

A tego przecież wielu z nas oczekuje. Część inwestorów zainteresowana rynkiem złota pewnie zaciera ręce – wizje krachu na giełdzie za oceanem, mało przekonujące wskaźniki makro i wciąż nie rozwiązana kwestia globalnego zadłużenia mogą oznaczać, że złoto będzie w 2014 roku zyskiwać na wartości. Mogą, ale nie muszą. Pamiętajmy o tym, że w ciągu ostatnich pięciu lat wiele funkcjonujących do tej pory reguł wzięło w łeb, a czasy zmieniły się diametralnie.

Od początku roku złoto zaczęło delikatnie zyskiwać, jednak do euforii droga daleka, a zdrowy rozsądek nakazuje raczej baczne obserwowanie sytuacji, niż podejmowanie mniej lub bardziej nerwowych ruchów.

Powodów jest wiele. Na pewno nie wolno lekceważyć prognoz światowych banków inwestycyjnych. Większość z nich nie daje zbyt wielu szans na powrót złota na ścieżkę wzrostu, zapowiadając, że średnia cena złota będzie w tym roku niemal 15 proc. niższa niż rok temu. Po drugie, wizje krachu na Wall Street wcale nie muszą od razu oznaczać, że uwaga inwestorów na całym świecie w mgnieniu skupi się oka na rynku złota. Nie zapominajmy, że zaufanie do tego kruszcu zostało bardzo mocno nadwyrężone na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy i żeby je odbudować, potrzeba na pewno więcej czasu i niezwykle mocnych fundamentów. Nie wolno także zapominać o stopniowym zamykaniu programu QE3 i mimo wszystko coraz lepszych prognozach dotyczącymi przede wszystkim gospodarki amerykańskiej.

Godnym uwagi faktem, którego również nie powinno się lekceważyć, jest globalne przemieszczanie się złota z zachodu na wschód. W najcenniejszy kruszec zbroją się Chiny i Indie, coraz większe ambicje jeśli chodzi o złoty skarbiec ma także Rosja. Jeśli złoto powróciło by do łask przede wszystkim ETF-ów, można byłoby myśleć o trwalszym i bardziej intensywnym odwróceniu fatalnego trendu. Bo pogorszenie się nastrojów na amerykańskim rynku akcji, może po prostu nie wystarczyć. Szczególnie, jeśli inwestorzy naprawdę uwierzą, że kryzys finansowy świat naprawdę ma już za sobą.

Czy czeka nas krach na Wall Street ?

Ale jak to zwykle bywa, jest i druga strona medalu. Spadki ceny złota były w 2013 roku największe od przeszło 30 lat. Złoto było tak tanie, że niektóre kopalnie na świecie zaprzestały jego wydobycia, ponieważ wobec rosnących kosztów procesu pozyskiwania złota biznes przestawał być rentowny. Wielu amatorów tego rynku, którzy ulegli negatywnym emocjom, zaczęło wyobrażać sobie sytuację, w której cena złota zamiast zaczynać się od „jedynki”, zaczyna się od „dziewiątki”, co oznaczałoby powrót do poziomów widzianych ostatnio w 2009 roku.

Spokojnie. Taka sytuacja jest jednak bardzo mało prawdopodobna – ze złotem nie jest aż tak źle. Wciąż jest ono walorem niezwykle cennym, którego wartość w długim terminie będzie z pewnością rosła. Mimo możliwych spadków w ciągu tego roku, przebicia poziomu 1000 dolarów trudno oczekiwać. Przede wszystkim dlatego, że Ci, dla których obecna cena złota jest atrakcyjna, a w układaniu swojego inwestycyjnego portfela stawiają na dywersyfikację i perspektywiczne fundamenty, będą po złoto sięgać. Nawet jeśli podobnie czyni rosyjski bank centralny.

Niewielką częścią rynku złota są drobni inwestorzy, osoby fizyczne, które są tym kruszcem zainteresowane jedynie w postaci złotych monet, na przykład z kanadyjskim liściem klonowym. I kto wie, być może to właśnie ta grupa wyjdzie na tym wszystkim najlepiej. Zamiast boksować się z III filarem, postanowili część odkładanych środków na emeryturę zainwestować właśnie w złoto. Czy za kilka bądź kilkanaście lat będzie ono warte więcej niż gromadzone w pocie czoła środki w ZUSie, czy w „zakazanych” przez państwo OFE? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi, bo dla większości z nas jest to chyba oczywiste.

Szymon Matuszyński

Szymon Matuszyński