Bańka spekulacyjna

Termin „bańka spekulacyjna” być może w niedługim czasie stanie się bardzo modny, dlatego już dziś postaramy się przybliżyć to arcyciekawe zjawisko, które na rynkach pojawia się od czasu do czasu, budząc zainteresowanie, ale i strach.

Czym właściwie jest „bańka spekulacyjna”? Sama nazwa mówi już wystarczająco dużo – coś, co rośnie, w wyniku spekulacji, by w końcu pęknąć, podobnie jak bańka mydlana. I jest w tym bardzo dużo racji.

Na portalu edukacyjnym, prowadzonym przez NBP znajdziemy taką definicję:

Bańka spekulacyjna (ang. speculative bubble) – samonapędzający się proces niezrównoważonego wzrostu cen dóbr na rynku. Często związany z „nadaktywnością rynkową", która ma charakter przejściowy. Po okresie stosunkowo szybkiego wzrostu cen dóbr następuje gwałtowny ich spadek, często nazywany „pęknięciem bańki" (krachem), co najczęściej związane jest z radykalnym spadkiem wartości zasobów wielu inwestorów.

Tym, co szczególnie warto podkreślić, jest ostatnia część definicji – pęknięcie bańki wiąże się z radykalnym spadkiem wartości zasobów wielu inwestorów.

Fazy bańki spekulacyjnej

Zgodnie z teoriami dr Jeana-Paula Rodrigue, bańka spekulacyjna składa się zazwyczaj z czterech faz: fazy ukrytej, fazy świadomej, manii oraz pęknięcia bańki, czyli krachu.

W faza ukryta to czas, w którym określone aktywo – nazwijmy je sobie „X” – kupowane jest przez tzw. „smart money”, czyli spryciarzy, ludzi wtajemniczonych i starych wyjadaczy, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Dostrzegają oni w czymś szansę i zaczynają w to inwestować. Wraz ze wzrostem popytu, X drożeje, a informacja o tym fakcie zaczyna się rozprzestrzeniać.

W fazie świadomej fakt, że warto inwestować w X jest już powszechnie znany w środowisku inwestorów. Ceny aktywa są już wyższe, niż wtedy, kiedy kupowali je spryciarze, ale w dalszym ciągu X wydaje się być niezłą okazją. X zaczyna być kupowane przez coraz większą pulę graczy, a rosnący popyt winduje cenę jeszcze bardziej. W pewnym momencie następuje pierwsza przecena, czyli tzw. „pułapka na niedźwiedzie”.

W nomenklaturze inwestycyjnej niedźwiedziem określa się kogoś ostrożnego, unikającego ryzyka i preferującego bezpieczne aktywa. Część niedźwiedzi wyprzedaje aktywo X, bo uznaje, że dotychczasowe wzrosty są wystarczające. Dostrzegają też to, co jest kluczowym elementem każdej bańki – uzasadnienie dla wzrostów, z punktu widzenia fundamentów, jest stosunkowo wątpliwe.

W kolejnej fazie mamy to, przed czym przestrzegają doświadczeni inwestorzy: o X mówią już taksówkarze i fryzjerzy, a sąsiadki mówią sobie przed sklepem, że jeśli inwestować, to tylko w X. Następuje faza manii, cena strzela w górę jak korek od szampana, media piszą o X, do głosu dochodzi chciwość, ludzie zastawiają domy i biorą kredyty, żeby wykorzystać okazję… która tak naprawdę już dawno minęła. Bo w fazie manii X jest już dziesięcio-, piętnastokrotnie droższy, niż wówczas, gdy kupowali go spryciarze.

Kiedy ceny osiągną już poziom absurdalny, coraz głośniej mówi się o bańce, pieniądze pomału przestają napływać, a po doświadczonych inwestorach zostały już tylko ślady na piasku, następuje… „pułapka na byki”, czyli jeszcze nie krach, ale już sygnał ostrzegawczy, po którym dopiero pojawia się krach, depresja, płacz, rwanie włosów i tak dalej…

Schemat typowej bańki wg. Jeana-Paula Rodrigue, źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/File:Stages_of_a_bubble.png

Słynne bańki

Tulipomania (1636-1637)

Gorączka tulipanowych cebulek jest jednym z najchętniej i najczęściej przywoływanych przykładów bańki spekulacyjnej, ponieważ modelowo przedstawia kwestię braku fundamentów. Tulipany są ładne, ale bez przesady – nikt o zdrowych zmysłach nie zapłaciłby za cebulkę sześciokrotności średniego, rocznego dochodu, czyli na dzisiejsze, polskie realia – 54 tys. złotych (brutto).

Czyżby? Nie dla Holendrów! Nawet takie kwoty gotowi byli zainwestować krajanie Rembrandta i van Gogha w XVII wieku w ładną, dorodną cebulkę, wierząc głęboko, że przyniesie im to nieprzeciętne, nieprzyzwoite wręcz zwroty.

Indeks cen tulipanów w latach 1636-37, wyrażonych w guldenach, źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Tulip_mania#/media/File:Tulip_price_index1.svg

Dziś możemy się z nich tylko śmiać do rozpuku i cieszyć się możliwością skorzystania z nauki na cudzych błędach.

I znów - czyżby?

Mania kolejowa (XIX wiek)

Ten przykład świetnie pokazuje, jak bardzo kuszące dla inwestorów są nowe technologie (elektryczne auta, blockchainy i inne). Wiadomo, że na wynalazkach i rozwoju technologicznym można zarobić sporo, ale wiadomo też, że zazwyczaj zarabiają ci, którzy do biznesu wchodzą na odpowiednio wczesnym etapie. Kiedy bańka już ruszy, pojawia się cała masa cwaniaków, którzy chcą zarobić na innych, najczęściej tanim kosztem.

W przypadku Manii kolejowej dochodziło nawet do takich sytuacji, że zakładano firmy kolejowe tylko po to, żeby pozyskać kapitał. Akcje firmy i tak wpadały w ogólny trend i szybowały w górę, bo każdy debiut z branży był potencjalnym hitem i sprzedawał się na pniu. Ale nie każda firma zamierzała na serio coś budować.

Czarny czwartek (1929)

Po Wielkiej wojnie (wtedy jeszcze nie była ona nazywana Pierwszą), na świecie panowały „ciekawe czasy”. Szalejąca hiperinflacja najbardziej odczuwalna była w Europie. Ameryka również borykała się z wieloma problemami, jednak na giełdzie panował ogólny entuzjazm. Doskonałe wyniki wynikały m.in. z faktu, że do miast napływali rolnicy, którzy porzucali własne gospodarstwa, by znaleźć zatrudnienie w przemyśle. Banki na potęgę udzielały kredytów inwestorom, akcje spółek rosły bez opamiętania i nikt niespecjalnie przejmował się faktem, że wszystko to było warte dużo mniej, niż wskazywały na to wyceny.

Kiedy ilość inwestorów i kapitału, napływających na giełdę zaczęła być niewystarczająca do podtrzymania wzrostów, zaczęły się wyprzedaże. Te uruchomiły spadki, które z kolei uruchomiły kolejne wyprzedaże… W ciągu jednego dnia obrócono 13 milionami akcji!!! Nastąpił krach, który pociągnął za sobą bankructwa banków udzielających kredytów inwestorom, a także dużą falę samobójstw.

Był to pierwszy etap Wielkiego Kryzysu.

Bańka na nieruchomościach w Japonii

Przypadek Japonii jest bardzo ciekawy. W 1985 roku Francja, Niemcy, USA, Wielka Brytania i właśnie Japonia, ustaliły między sobą, że osłabią dolara względem jena i niemieckiej marki, by zwiększyć konkurencyjność amerykańskiego eksportu. Wpłynęło to jednak na pogorszenie konkurencyjności japońskiego eksportu, więc – chcąc ratować sytuację – japoński bank centralny obniżyły stopy procentowe. Kredyty stały się tańsze, a trzymanie pieniędzy na lokatach nieopłacalne, co ostatecznie wywołało u inwestorów niezdrową fascynację nieruchomościami.

Jak to bywa w przypadku baniek, ceny nieruchomości rosły, a ponieważ budowano ich bardzo dużo, wiele z nich stało pustych. Do tego dochodziło jeszcze widmo konieczności spłacania kredytów. W 1990 roku wszystko to się posypało, wprowadzając Japonię w głęboką recesję na wiele lat (trwającą zresztą do dziś).

Bańka dot-comów

W latach 1995-2001 nastąpił bardzo intensywny rozwój spółek z branży informatycznej. Podobnie, jak w przypadku Manii kolejowej i tym razem siłą napędową bańki stała się technologia. Dodatkowo w latach 1998-1999 stopy procentowe były niskie, więc inwestorzy intensywnie szukali okazji do zarobku. Właśnie wtedy na horyzoncie zaczęły pojawiać się takie firmy jak Yahoo, Google, eBay czy Amazon. Tylko szaleniec nie inwestował w dot-comy. Cena akcji Yahoo w czasie IPO wynosiła 13 USD, zaś 3 stycznia 2001 roku było to już 113,75 USD.

Niestety wiele z tych przedsięwzięć okazało się mało rentownych. Mało która (w tamtym czasie) zdołała powtórzyć sukces Microsoftu. Na początku 2000 roku, w ciągu kilku miesięcy NASDAQ Composite spadł z poziomu 5 tys. do 2 tys. punktów. Odpływ kapitału wywołał ostre spadki, które uruchomiły ogólną panikę. Wiele firm zbankrutowało, a te, które przetrwały, odczuły bańkę dot-comów bardzo dotkliwie.

Bańki dziś

Najsłynniejszą w ostatnich latach była bańka na nieruchomościach w USA, której pęknięcie doprowadziło do światowego kryzysu w 2008 roku (o czym świetnie opowiada film „Big Short”). Jej źródeł należy się zresztą doszukiwać – podobnie jak w przypadku Japonii – w polityce banku centralnego, który obniżył stopy procentowe po pęknięciu bańki dot-comów. W efekcie pojawiła się „hossa na rynku kredytów” i puste osiedla domów, których nie było komu mieszkać, bo dzięki tanim kredytom oraz szwindlom na ratingach, nawet striptizerka mogła mieć 2-3 nieruchomości.

Najbardziej skrajnym przykładem potencjalnej bańki jest Bitcoin oraz całe zjawisko kryptowalut, które jako żywo zdaje się przypominać najlepsze czasy dot-comów i innych baniek opartych na technologiach i przemyśle.

5 lat Bitcoina w USD, źródło: stooq.pl

Warto się przyjrzeć także indeksowi NASDAQ Composite, który już dawno przekroczył poziom z czasów bańki dot-comów. Na NASDAQ mamy takie spółki jak Facebook, Apple, Google, Microsoft, Amazon i Tesla. Zwłaszcza ta ostatnia spółka powinna zwrócić naszą uwagę – elektryczne samochody to przyszłość. Jednak trudno powiedzieć, jak daleka przyszłość. W Hongkongu, po tym, jak władze specjalnego regionu administracyjnego Chin przestały wspierać zakup samochodów elektrycznych, ilość nowych rejestracji Tesli spadła do zera.

Ostatnie 20 lata NASDAQ Composite, źródło: stooq.pl

Gigantyczna, potencjalna bańka, formuje się także obligacjach korporacyjnych o ujemnej rentowności, w których ulokowane jest obecnie 8 bilionów dolarów.

fot. Alexas_fotos, pixabay.com, CC0

enEnglish (angielski)

Bartosz Adamiak