Dlaczego Polacy nie oszczędzają? Nie mają z czego czy… nie chcą?

„Nie mam z czego” „Za mało zarabiam” „Nic mi nie zostaje” „Gdybym zarabiał(-a) więcej…” To najczęstsze wymówki tych z nas, którzy nie oszczędzają lub oszczędzają mało. Tylko że ta wymówka nie wytrzymuje zdarzenia z liczbami. Według Eurostatu narody, które mają porównywalne dochody, potrafią oszczędzać znacznie więcej.

Prymusi i maruderzy

W jednym z badań z 2012 r. 57% Polaków twierdziło, że nie oszczędza, bo nie ma wolnych środków. Jak podaje Eurostat, nasza stopa oszczędności brutto w 2016 r. wyniosła 4,36% (dane dla 2017 r. są jeszcze mocno niekompletne). Pod tym względem wleczemy się w ogonie Europy. Tylko Łotysze, Litwini i mieszkańcy Cypru oszczędzają mniej niż my.

Czytaj także: GetBack - oszustwo czy biznesowy niewypał?

Warto wiedzieć, że stopa oszczędności brutto to procent zarobków, który zostaje po opłaceniu całej konsumpcji, zarówno tej najprostszej (żywność, ubrania, mieszkanie), jak i bardziej wyrafinowanej (kultura, rozrywka). W statystyce tej nie są uwzględnione kredyty (stąd „brutto”), a wartość ujemna oznacza, że mieszkańcy przejadają oszczędności.

Źródło: Eurostat, dostęp 29.05.2018

„No przecież widać po tym, że oszczędzają bogaci” zakrzyknie zwolennik podejścia „nie oszczędzam, bo nie mam”. Faktycznie, na czele stawki są kraje zamożne. Co nie dziwi, przodują Szwajcarzy, którzy odkładają 22,85% zarobków. Z krajów UE na czele są Luksemburczycy (20,44%), Szwedzi (18,92%) i Niemcy (17,11%).

Z dużych zarobków łatwiej oszczędzać, więc nic dziwnego, że bogaci odkładają. Ale ciekawiej zaczyna się robić, gdy popatrzymy na dalsze miejsca na wykresie. A tam mamy kraje, które pod względem rozwoju gospodarczego nas przypominają, a jednak oszczędzają znacznie więcej. Czesi (11,16%), , Węgrzy (9,62%) czy Słowacy (9,46%) są znacznie oszczędniejsi od nas. Co więcej podobną stopę oszczędności mają ubożsi od nas Bułgarzy (4,86%).
Na następnym wykresie możecie zobaczyć dane o zarobkach netto (po opodatkowaniu) naniesione na dane o stopie oszczędzania. Linia trendu pokazuje „oczekiwaną” stopę oszczędności przy danym dochodzie. Im bardziej na prawo na wykresie położony jest dany kraj, tym wyższe dochody mieszkańców. Im wyżej, tym wyższa stopa oszczędzania. To oznacza, że kraje ponad linią trendu są oszczędniejsze, niż można by oczekiwać po ich poziomie zarobków. Z kolei te pod linią trendu oszczędzają „za mało”. Średnia dla Unii Europejskiej oznaczona jest jako „EU”, z kolei średnia dla strefy Euro symbolem wspólnej waluty (€).

Źródło: Eurostat, dostęp 29.05.2018

Skupmy się na krajach naszego regionu, a dokładniej na Grupie Wyszehradzkiej. To kraje o dość podobnym poziomie rozwoju gospodarczego i społecznego. Co więcej we wszystkich stopa oszczędności jest znacznie wyższa niż w Polsce. Czy w takim razie może to być kwestia różnic w kosztach życia? Żeby przyjrzeć się kosztom, posłużyłem się indeksami przygotowanymi przez serwis Numeo.com, który pokazuje ceny na świecie relatywnie do Nowego Jorku (Nowy Jork=100). Cena mieszkań to liczba lat, które przeciętna rodzina musi przepracować, by kupić 90-metrowe mieszkanie.
Kraj Stopa oszczędności (%) Mediana dochodu na osobę (tys. €) Ceny mieszkań Indeks cen wynajmu Indeks kosztów życia Indeks cen żywności

Kraj Stopa oszczędności (%) Mediana dochodu na osobę (tys. €) Ceny mieszkań Indeks cen wynajmu Indeks kosztów życia Indeks cen żywności
Polska 4,36 5,9 9,77 16,63 45,2 35,85
Czechy 11,16 7,8 12,73 19,07 50,9 43,62
Słowacja 9,46 7,0 9,88 18,86 50,41 43,66
Węgry 9,62 4,6 13,32 15,37 48,6 38,61

Źródło: opracowanie własne, na podst. Eurostat, Numeo.com, dostęp 29.05.2018

Jak widać wyższe niż w Polsce zarobki w Czachach i na Słowacji to również wyższe koszty utrzymania. Powoduje to, że moc nabywcza (ile można kupić za swoją pensję) jest w tych trzech krajach bardzo podobna, a jednak nasi południowi sąsiedzi są w stanie odłożyć dwu-, a nawet prawie trzykrotnie więcej. Najciekawszy jest przypadek Węgrów. Zarabiają mniej, na życie wydają więcej niż my, a jednak potrafią odłożyć niemal dwukrotnie większy kawałek pensji.

Niepokojące trendy

Jednak ostateczny kłam mitowi „nie oszczędzam bo nie mam z czego” zadaje analiza trendów dla Polski. Jako społeczeństwo stajemy się coraz bogatsi. Co do tego nie ma wątpliwości. A jednak stopa oszczędności jest znacznie niższa niż na początku wieku. Porównajmy stopę oszczędności wg Eurostatu do zmiany średniego miesięcznego wynagrodzenia brutto wg GUS.

Źródło: Eurostat, GUS, dostęp 29.05.2018

Jak widać nasza stopa oszczędności wręcz spada wraz ze wzrostem dochodów (!). Na szczęście ostatnie kilka lat przyniosło odwrócenie trendu, ale zdecydowanie zadaje to kłam mitowi, że nie oszczędzamy, bo nie mamy z czego.

Stopa oszczędności brutto to wskaźnik nie uwzględniający kredytów. Może w takim razie spada, bo spłacamy zadłużenie? Nic bardziej mylnego. Wskaźnik zadłużenia do dochodu podawany przez Eurostat również dynamicznie rósł, by na początku obecnej dekady ustabilizować się na poziomie 55-60%, co przy rosnących dochodach oznacza, że zadłużenie w kwotach bezwzględnych ciągle rośnie.

Źródło: Eurostat, dostęp 29.05.2018

Inflacja kosztów życia

Głównym winowajcą jest tu konsumpcja, która rośnie niemal równie dynamicznie jak nasze zarobki. Innymi słowy przejadamy wzrost naszych pensji. Fachowo nazywa się to inflacją kosztów życia – wraz ze wzrostem dochodów jemy żywność lepszej jakości, kupujemy lepsze ubrania i samochody, częściej jeździmy na zagraniczne wycieczki etc.

Źródło: Eurostat, dostęp 29.05.2018

Sama konsumpcja nie jest niczym złym. Współczesna gospodarka opiera się na spełnianiu coraz bardziej wyrafinowanych zachcianek, bo potrzeby zdołaliśmy już zaspokoić, przynajmniej w naszej części świata. Bez wzrostu konsumpcji wyprodukowanych dóbr i usług nie ma mowy o wzroście gospodarczym.

Jednak sama konsumpcja, zwłaszcza na kredyt, to prosta droga do przepaści, co widzimy po po Grecji, a w nieco mniejszym stopniu po Włoszech i Hiszpanii. Do podtrzymania i zdynamizowania wzrostu potrzebne są inwestycje, a do inwestycji kapitał.

Nasze oszczędności a inwestycje

III RP historycznie jest importerem kapitału. Fachowo mówi się o ujemnym saldzie na rachunku obrotów bieżących. Inwestycje prowadzone w naszym kraju w ostatnich trzech dekadach były możliwe dzięki zaangażowaniu kapitału zagranicznego, głównie z Europy Zachodniej, pod postacią kredytów, pomocy bezzwrotnej, inwestycji bezpośrednich i portfelowych oraz funduszy UE.

Jednak prędzej czy później musimy wziąć sprawę w swoje ręce. W 2017 r. po raz pierwszy w historii III RP mieliśmy minimalną nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących. Budżet Unii Europejskiej na lata 2021-27 będzie dla Polski mniej korzystny niż dwie ostatnie perspektywy budżetowe. Nie tylko z powodów politycznych, co starają się nam wmówić polskie media z obu stron politycznego konfliktu, ale przede wszystkim ekonomicznych.
W 2004 r. Polskie PKB wynosiło ok. 50% unijnej średniej, obecnie to ok. 75%, a poszczególne regiony radzą sobie jeszcze lepiej. Tymczasem fundusz spójności, którego największym beneficjentem była (i najprawdopodobniej wciąż będzie) Polska, jest przydzielany regionom w oparciu o to właśnie kryterium. W efekcie więcej pieniędzy w nowym budżecie powędruje na wolniej rozwijające się południe Europy.

Skończy się manna z Unii, trzeba znaleźć kapitał na inwestycje. Jego źródłem może być państwo, co oznacza podwyżki podatków. Można pożyczać z zagranicy, ale to oznacza dalsze uzależnianie się od zagranicznych wierzycieli. Najlepszym rozwiązaniem byłby kapitał prywatny.

I tu do gry wchodzą nasze oszczędności. Oszczędności, które trafiają do banków, funduszy inwestycyjnych czy na giełdę są „przepakowywane” na kapitał dla krajowych firm i służą inwestycjom. Następnie zyski z tego kapitału, czyli odsetki i dywidendy, zamiast być transferowane za granicę, zasilą portfele gospodarstw domowych.

Brak kapitału na inwestycje to konieczność poszukiwania go za granicą. Bowiem brak inwestycji to nie tylko stagnacja. Część tego, co w bilansie księgowym nazwiemy „inwestycją” to jedynie odtworzenie. Remont autostrady czy zakup nowych maszyn w miejsce zużytych przywraca jedynie stan poprzedni, ale to też inwestycja, na którą potrzeba kapitału. By rozwijać się i poprawiać efektywność gospodarki, inwestycje muszą rosnąć.

Nie masz pieniędzy, by oszczędzać?

Można powiedzieć, że statystyki przytoczone wyżej to tylko statystyki, a do każdego przypadku trzeba podchodzić indywidualnie. Jednak pokazują one, że mamy poważny problem z oszczędzaniem, a tym problemem nie jest brak funduszy. Nie jest to też kontekst kulturowy i historyczny, bo kraje Grupy Wyszehradzkiej również dostarczyły wojen, totalitaryzmów i rządów „demokracji ludowej”, a jednak oszczędzanie idzie im znacznie lepiej.
Posiadanie oszczędności w wysokości minimum półrocznych kosztów życia (poduszka finansowa) pozwala na wytrzymanie gorszych chwil w życiu: utraty lub zmiany pracy, choroby, nagłego nieprzewidzianego wzrostu kosztów utrzymania. To nie fanaberia, tylko konieczność.

Dlatego warto być świadomym zjawiska inflacji kosztów życia i z nim walczyć. Nie jest łatwo obniżyć standard życia, do którego się przywykło. Poza tym trudno oczekiwać, że przy zwiększaniu dochodów nie będziemy wydawać pieniędzy na własne zachcianki. W końcu pracujemy, by zapewnić sobie i rodzinie lepsze życie. Jednak można przyjąć zasadę, że z każdej podwyżki i nieprzewidzianego, dodatkowego dochodu, połowa idzie na konsumpcję, a połowa na oszczędzanie. W ten sposób wilk powinien być syty i owca cała.

Bogate kraje Europy Zachodniej budowały swój kapitał przez pokolenia. Dziś, nawet jeśli zbliżamy się do nich wartością PKB, wciąż dużo nam brakuje pod względem zamożności. Mówiąc obrazowo: co z tego, że zarabiamy tyle samo co sąsiad, jeśli ten ma już dwa domy, pakiet papierów wartościowych, a do tego wypasiony samochód, podczas gdy my spłacamy kredyt na pierwsze mieszkanie. Żeby dogonić sąsiada, musimy zaprząc nasze pieniądze do pracy, nie tylko do konsumpcji.

Czesi, Węgrzy i Słowacy jakoś sobie z tym radzą.

Krzysztof Krzemień