Dlaczego słaby dolar nie wzmacnia złota?

Dokładnie rok temu rozpoczęła się druga fala wielkiej przeceny najcenniejszego z kruszców. Jeszcze na przełomie listopada i grudnia 2012 roku kurs na chwilę wzbił się ponad 1750 dolarów za uncję, aby niedługo potem rozpocząć największy w historii spadek. O ile jesteśmy mądrzejsi od tego czasu? Czy złoto ma szansę powrócić na poziomy, które dziś są jedynie miłym wspomnieniem?

 

Kolejny istotny problem, jaki od roku jest szeroko dyskutowany, dotyczy ryzyka, które w procesie inwestowania w złoto w różnej postaci było do tej pory, w porównaniu do innych walorów, o wiele mniejsze. Patrząc, jak kurs złota zachowywał się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, można wyciągnąć wręcz odwrotne wnioski. Ale na całe szczęście to tylko pozory.

Kurs spadał, ale popyt ma się całkiem dobrze

Tegoroczny dołek, z jakim mieliśmy do czynienia przed wakacjami, był punktem przełomowym, nie na tyle jednak silnym, aby złoto powróciło na ścieżkę bardziej zdecydowanych wzrostów. Tak stać się nie mogło, ze względu na atmosferę na rynku akcji, przede wszystkim jednak ze względu na co rusz pojawiające się sygnały płynące z gospodarki (głównie amerykańskiej), dotyczące rzekomego zakończenia kryzysu za oceanem. Jak przedstawia się rzeczywistość, widzimy wszyscy. Końca kryzysu nie widać, a ożywienie z gospodarcze, z którym mamy do czynienia, jest jak pompowanie balona wypełnionego trującym gazem.

Wbrew pozorom złoto wciąż jest walorem stabilnym, o niezwykle mocnych fundamentach i doskonałej perspektywie wzrostu. Ci, którzy myślą inaczej, widocznie są do rynków nastawieni bardziej spekulacyjnie i oczekują większej zmienności w krótszym czasie. Ale taka charakterystyka nijak ma się do złota, które najpierw przez lata stabilnie rosło, aby później stabilnie na wartości tracić.

Złoto przewartościowane? Nic podobnego

Wiele mówiło się tym, że cena złota była nieadekwatna do panujących na zewnątrz warunków, że złoto było wręcz przewartościowane. Taką opinię trudno jednak zweryfikować, szczególnie, że żyjemy w czasach, w których pieniądza drukuje się więcej, niż codziennej prasy.

Stare powiedzenie mówiące o tym, że dzieło sztuki czy nieruchomość warte jest dokładnie tyle, ile ktoś chce za nie zapłacić, w pewnym sensie dotyczy przecież i złota. Czego doskonały przykład mieliśmy w ostatnich miesiącach. Na „złote zakupy” ruszyli drobni inwestorzy i zwykli Kowalscy, kupując złote monety i sztabki na reklamówki. Takiemu rozwojowi sytuacji trudno się jednak dziwić, skoro ten szlachetny metal potaniał w ciągu kilkunastu tygodni o jedną trzecią. Za ciosem poszły i banki centralne, zbrojąc się w złoty arsenał na potęgę.

Cóż łączy te dwie grupy inwestorów? Zarówno Kowalski – etatowy pracownik działu marketingu jednej z firm produkujących sprzęt AGD, jak i bank centralny silnego światowego mocarstwa, widzą w złocie to, czego nie dostrzegają spekulacyjnie nastawieni inwestorzy. Po pierwsze, że skoro złoto było przez długi czas w promocyjnej cenie, to grzechem było go nie kupić. Po drugie, skoro waluty, w tym ta najważniejsza, amerykańska, sukcesywnie tracą na wartości, to przecież złoto za kilka lat z pewnością zyska.

Oczywiście, że zarówno przykładowy Kowalski, jak i bank centralny mogą pluć sobie w brodę, że do większych zakupów nie przystąpili, kiedy złoto kosztowało poniżej 1000 dolarów za uncję. Ale wtedy nikt nie spodziewał się, że najpierw kurs złota dobijać się będzie do 2000 dolarów, żeby później nie móc obronić poziomu 1200 USD.

1300 i co dalej?

Wiosna na rynku złota nadejść może najwcześniej dopiero z tą kalendarzową. Wszystko przede wszystkim przez brak zdecydowanych decyzji amerykańskiego Fed-u odnośnie do QE3. Raz wydaje nam się, że dodruk coraz tańszego pieniądza zostanie wreszcie zatrzymany, ale zaraz potem sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, rozpoczynając kolejny etap faktycznego wyrzucania świeżych pieniędzy prosto w błoto.

Złoto od trzech miesięcy oscyluje wokół 1300 dolarów za uncję (+/- 100USD) i w ciągu najbliższych tygodni raczej wiele się w tej kwestii nie zmieni. Wszak zbliżają się święta, a to raczej oznacza ożywienie na rynku akcji, mniej na surowcach, a szczególnie na metalach szlachetnych. Sam przedświąteczny popyt jubilerski nie jest w stanie pchnąć na tyle koniunktury na złocie, aby kurs śmielej ruszył w górę.

Decydujące okażą się dane makro za IV kwartał oraz podsumowanie roku 2013. Jeśli gospodarka za oceanem rzeczywiście ruszy, za nią w pierwszej kolejności pójdzie rynek akcji. I to nawet wtedy, jeśli inwestorzy początkowo negatywnie zareagują na sygnał powolnego zamykania programu QE3.

Złoto pozostanie więc w dalszym ciągu mocno niezdecydowane, z niecierpliwością wyczekując sygnałów potwierdzających, że rzeczywiście dobrze dzieje się w amerykańskiej gospodarce, szczególnie na rynku pracy. A to będzie oznaczało, że na „złote wzrosty” będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.

Szymon Matuszyński

Szymon Matuszyński