O ratowaniu banków, czyli dyrektywa BRRD

Europejska dyrektywa BRRD cieszy się złą sławą „dyrektywy, która legalizuje kradzież” oraz „pozwala bankom zabierać nasze pieniądze”. Podnosi ciśnienie każdemu, kto takie właśnie nagłówki zobaczy w portalach internetowych. Czy jednak rzeczywiście jest to zło absolutne?

Aby wyjaśnić, o co w ogóle chodzi z dyrektywą BRRD, musielibyśmy się cofnąć do lat 2006-2008, kiedy to w światowej gospodarce szalał finansowy sztorm. Wtedy to właśnie zaistniała potrzeba, by ratować kilka amerykańskich instytucji finansowych, które narobiły głupstw. 3 października 2008 r. George W. Bush podpisał program TARP (Trouble Asset Relief Program), w ramach którego z pieniędzy podatników sprezentowano bankom 700 mld USD.

Czytaj także: Upadek Lehman Brothers

Każdy Amerykanin, niezależnie od tego, czy był klientem danego banku czy nie, zapłacił za to, by bank nie upadł. A wszystko dlatego, że bankierzy chcieli zarobić więcej. Przypomina to sytuację, w której ja poszedłbym sobie do kasyna, gdzie przepuściłbym wszystkie swoje pieniądze, a następnie wszyscy moi sąsiedzi zrzucili się na moje rachunki za prąd, gaz, wodę i internet.

Ja oczywiście byłbym zadowolony.

Cypr

Kolejną odsłoną dramatu zatytułowanego „Dyrektywa BRRD” jest słynny casus cypryjski.

Otóż cypryjskie banki były w posiadaniu bardzo dużej ilości obligacji greckich. A sektor bankowy na Cyprze jest bardzo potężny – jego aktywa przewyższają PKB kraju siedmiokrotnie. Kiedy zatem okazało się, że Grecja jest zadłużona po uszy, a greckie obligacje nie przedstawiają takiej wartości, jak nadrukowane na nich nominały, gospodarka Cypru zachwiała się nie na żarty.

16 marca 2013 roku ministrowie finansów strefy euro oraz szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde zdecydowali, że dadzą Cyprowi 10 mld euro pożyczki na ratowanie systemu finansowego, ale pod jednym warunkiem – Cypr musi… uszczknąć depozyty klientów banków. Właściwie trudno nazwać to inaczej, niż kradzieżą, ale ponieważ powiedzieli to bardzo poważni panowie (i pani) w garniturach, to nie była kradzież, tylko… proces ratowania sektora bankowego.

Czytaj także: Jak kryzys subprime wpłynął na Europę?

Na Cyprze wprowadzono podatek wysokości 6,75 proc. dla depozytów poniżej 100 000 euro oraz 9,9 proc. dla depozytów powyżej 100 000 euro. Dzięki temu Cypr otrzymał 10 mld euro pożyczki, a dodatkowo „wygospodarował” jeszcze 5-6 mld euro od klientów banków. Wywołało to oczywiście popłoch oraz olbrzymi kryzys zaufania do banków. Ale coś jeszcze – już w czerwcu 2013 roku unijni ministrowie mówili – państwo już nie będzie ponosić kosztów ratowania banków.

I tak docieramy do niesławnej dyrektywy…

Bank Recovery and Resolution Directive

Pomysł od samego początku budził wiele kontrowersji, ponieważ zezwalał bankom na zawłaszczenie nieswojego mienia, a więc kradzież. Brzmi to oczywiście okropnie, i każdy człowiek o zdrowych zmysłach powie, że jest to bandytyzm. Zwłaszcza, że w taki właśnie sposób przedstawiają problem media oraz eurosceptycy.

My o dyrektywie BRRD pisaliśmy w maju 2016 roku, i staraliśmy się opisać problem obiektywnie, rzetelnie i bez zbędnych emocji. W istocie dyrektywa BRRD na którymś etapie zezwala na to, by bank sięgnął po pieniądze klientów, jednak nie jest to wcale takie proste. W pierwszej kolejności bank zagrożony upadłością, musi wykonać szereg innych czynności m.in. przedstawić i wdrożyć plan naprawczy. Do depozytów może dobrać się w ostateczności, ale tylko do tych powyżej kwoty 100 000 euro.

I tu jest pies pogrzebany.

Istota problemu

Podczas, gdy większość osób skupia się na aspekcie, jakim jest zezwolenie na zagarnięcie pieniędzy klientów, mało kto zwraca uwagę na fakt, że w bankach nie powinno się trzymać pieniędzy powyżej 100 000 euro, ponieważ takiej kwoty nie obejmuje ochrona Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Już z tego powodu nikt nie powinien trzymać takich pieniędzy na jednym rachunku, w jednym banku. BRRD to drugi powód. A trzecim są przesłanki, że bank może upaść – to przecież nie dzieje się z dnia na dzień. Inna sprawa, że na tym rynku często zdarza się, że jeden bank jest przejmowany przez inny. Zatem „ukradną nasze pieniądze” to bardzo odległy, hipotetyczny i abstrakcyjny problem, który dotyczy promila społeczeństwa.

Czytaj także: GetBack: NIK weźmie pod lupę KNF, UOKiK i GPW?

Drugą kwestią jest to, że teraz za upadek banku nie zapłacą wszyscy podatnicy, ale tylko klienci banku. A i to mają przewagę nad klientami banków cypryjskich – tu sprawa jest jasna i nie będzie żadnych niespodzianek. Jeśli ktoś decyduje się trzymać 200 000 euro na rachunku w jednym banku, musi liczyć się z tym, że w razie upadłości, straci 100 000 euro. Jeżeli nie chce ponosić takiego ryzyka, może śmiało zdywersyfikować swój kapitał.

Trzecią kwestią jest omawiany przez nas niedawno problem bezpieczeństwa w bankach jako taki – bardziej prawdopodobne, niż upadek banku, jest to, że jakiś cwaniak będzie chciał nam wcisnąć „obligacje bezpieczniejsze, niż lokaty” albo inne polisolokaty. To jest realne zagrożenie dla klientów banków.

Photo by Hunters Race on Unsplash

Bartosz Adamiak