To już niemal pewne – hossa na Wall Street dobiegła końca

Nadzieję na to, że mamy do czynienia jedynie z korektą podtrzymywał jedynie fakt, że w tym roku zaliczyliśmy już jedną korektę, i ta, która rozpoczęła się w październiku, z początku zdawała się być jedynie jej echem. Jednak widać już, że skala jesiennych spadków jest zdecydowanie wyższa, niż w przypadku tej pierwszej korekty.

Wall Street jest w dużej części na tzw. „krechę”. Albo jak kto woli „na zeszyt”. Jeśli spojrzymy na wykres Nasdaq Composite w perspektywie ostatnich dwudziestu lat, zauważymy, że po bańce dot-comów (2000 r.) mieliśmy falę wzrostów, która przyhamowała w okolicach 2008 r., a następnie od 2009 roku pięła się ku górze z zadziwiającą dynamiką.

Czytaj także: Dźwignia finansowa

Nasdaq Composite, stooq.pl

Propaganda sukcesu

Giełda przypomina trochę wypasanie (przepraszam za określenie) bydła. Jest kilku kowboi, którzy ze swoich koni widzą wszystko dobrze, i wiedzą, jak pokierować tłumem, żeby było dobrze (dobrze dla nich oczywiście). Zawsze przecież jest ktoś, komu zależy, by inni kupowali jakieś spółki. Więc chodzi o to, żeby napompować giełdę, przekonać wszystkich, że mamy zdrową, wolnorynkową sytuację, w której wartość spółek realnie wzrasta. Bo to w końcu Nasdaq – indeks spółek technologicznych. Przyszłość to autonomiczne, elektryczne auta, prywatne loty w kosmos i sklepy, które dostarczają paczki dronami.

W rzeczywistości trudno zweryfikować, ile w tym jest prawdy. Tesla na ten przykład wydaje się napotykać na dość duże trudności w ulepszaniu świata. Samochody nie są do końca tak cudowne, jak powinny być, a popyt nie jest aż tak duży, jak wskazywałaby logika (przykładowo, w Singapurze funkcjonował system dopłat do aut elektrycznych. Kiedy program się skończył, sprzedaż Tesli spadła do zera).

W prowadzeniu tłumu kluczowa jest zatem propaganda. To samo zresztą obserwować mogliśmy w grudniu, kiedy ważyły się losy bitcoina. Właściciele giełd i producenci koparek doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli wiara w bitcoina wśród inwestorów pęknie, będzie po bitcoinie. I tak się stało. Choć jeszcze przez wiele miesięcy przekonywali, że bitcoin jednak będzie wart milion dolarów.

Czytaj także: Spółki FAANG ostro w dół. Niedźwiedzia jesień w pełni

Stampede!

Stampede, czyli popłoch. Najgorsza rzecz, która może się zdarzyć przy wypasaniu bydła. I wie o tym każdy kowboj. Jeżeli zacznie się popłoch, stado pędzi przed siebie, niszcząc wszystko na swojej drodze. I jedynym ratunkiem jest wymanewrowania stada tak, by… skoczyło w przepaść.

Nie inaczej jest na giełdzie. Ci, którym najbardziej zależy na nierynkowym, nieefektywnym pompowaniu jakiejś spółki czy indeksu, to ci, którzy kupili jego duże ilości w czasach, gdy był tani – spekulanci, zwykle duzi gracze np. banki inwestycyjne. Któż po 2008 roku wierzyłby w prawdomówność banków inwestycyjnych? A jednak są tacy – wszyscy, którzy dali się namówić na „hossę”.

Jednak nadejść musi taki moment, w którym coś pójdzie nie tak, coś pęknie. I wtedy zaczyna się popłoch. Cóż innego mogą zrobić kowboje, jeśli nie pozbyć się swoich aktywów w momencie, gdy ich cena przekracza kilkunastokrotnie cenę zakupu? Nic. Mogą tylko pozbyć się papierów i posłać stado w przepaść.

Czytaj także: Bańka spekulacyjna

Winne stopy procentowe

Banki centralne od lat walczą z kryzysami za pomocą stóp procentowych. Niskie stopy to tani kredyt. A tani kredyt ułatwia wyjście z dołka po ostatnim krachu. Bo jak inwestować nie mając kapitału? Kapitał trzeba pożyczyć.

I nie inaczej było w ostatnich dwóch dekadach. Schemat jest zawsze taki sam: najpierw stopy procentowe są podnoszone, bo rząd i bank centralny widzą, że jest dobrze, koniunktura się rozhulała i wszyscy są szczęśliwi. Potem nagle wychodzi na jaw, że dobra koniunktura jest na kredyt, i jest właściwie uzależniona od niskich stóp procentowych. Rynek się załamuje i stopy procentowe w panice znów lecą w dół (co ciekawe - niżej, niż poprzednim razem). Tak mieliśmy w 2000 roku i w 2008.

Czytaj także: Czym są stopy procentowe?

https://fred.stlouisfed.org/series/FEDFUNDS

Gdzie jesteśmy dzisiaj? Stopy procentowe od 2016 roku są stopniowo podnoszone (po 7 latach rekordowo niskich poziomów). I wraz z ich podnoszeniem, na rynkach zaczyna się coraz większy niepokój. Niedawno nawet Donald Trump krytykował FED, zresztą w mało wybredny sposób – Myślę, że FED oszalał. A dziś już mówi się o tym, że jednak te podwyżki nie są aż tak pewne, i że właściwie nie wiadomo, jaka jest ich przyszłość.

Jednak ci, którzy śledzą rynki, już wiedzą. Nawet jeśli obecnie mamy do czynienia z korektą (choć to coraz mniej prawdopodobne), to krachu nie da się uniknąć. Mamy powtórkę z historii, i żadne „tym razem będzie inaczej” (naczelna maksyma spekulantów) tu nie pomoże. Wall Street, a w szczególności Nasdaq, znajduje się obecnie na tym samym torze, na którym w grudniu znajdował się bitcoin. I ten tor wiedzie tylko w jednym kierunku.

Inwestorzy obecnie wyprzedają się z akcji, zaopatrując się w superpłynnego dolara (stąd jego wzrosty). Ale przyjdzie też moment, w którym drogi dolar zacznie stanowić coraz większy problem, a wówczas zaczną się dziać prawdziwe, fiskalne cuda. Zwłaszcza, gdy stopy procentowe będę ujemne.

Czytaj także: Inflacja i niskie stopy procentowe - jak chronić oszczędności?

Tymczasem metale szlachetne nadal jeszcze przez chwilę relatywnie tanie.

Cena złota w USD kontra Nasdaq, stooq.pl

Rynek inwestycji alternatywnych i dóbr luksusowych - POBIERZ PDF

Bartosz Adamiak