Inwestycja z wyższej półki, czyli książki są w cenie

Na książkach można zarobić. Nie, to nie żart. I co więcej, wcale nie trzeba być mistrzem klawiatury, który produkuje kolejne tomy w tempie Stephena Kinga czy Jamesa Pattersona. Okazuje się bowiem, że są tacy, którzy za książki z przeszłością są w stanie zapłacić naprawdę duże pieniądze. Ile? Np. 11 milionów dolarów.

Wydawać by się mogło, że w dobie ogromnego kryzysu czytelniczego, jaki ma miejsce w Polsce, inwestycja w książki to kiepski pomysł. Nic bardziej mylnego! Niezależnie od tego, że poziom czytelnictwa w naszym kraju wynosi jedynie 38% populacji, w grupie tej znajduje się też specyficzny krąg prawdziwych koneserów książek. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że nie są to zwykli czytelnicy, bo w tym książkowym szaleństwie chodzi o coś więcej, niż tylko o treść.

Tak było w przypadku wyjątkowej publikacji ornitologicznej wydanej w Anglii w 1839 roku. Autorem tekstów i rysunków był malarz John James Audubon i to właśnie warstwa graficzna sprawiła, że ta niepozorna publikacja została zlicytowana za aż 11 milionów dolarów. Bo dla bibliofilów książki to coś znacznie więcej, niż tylko zadrukowane strony.

Z miłości do książek

W największym skrócie, bibliofilia to umiłowanie książek i ich zbieractwo. Najczęściej w kręgu zainteresowań miłośników książek znajdują się rzadkie wydania lub ekskluzywne edycje. Ale to nie tylko sama treść czy warstwa graficzna książki czyni ją atrakcyjnym kąskiem dla bibliofila. W dużej mierze chodzi też o jej proweniencję, czyli pochodzenie.

Bibliofile doszukują się w księgach tzw. znaków proweniencyjnych, które świadczą o kolejnych właścicielach danego egzemplarza. Mogą to być przykładowo ekslibrisy, czyli znaki własnościowe, jakimi opatrywali książki zamożni zbieracze. Jednak znacznie ciekawsze są odręczne notatki czy ślady użytkowania, jakie zostawili dawni czytelnicy.

Tak, jak było w przypadku pewnego średniowiecznego rękopisu, który przez lata leżał zapomniany w archiwum w Dubrowniku. Wszystko zmieniło się, gdy pewien dociekliwy doktorant odkrył na jednej ze stron ślady kocich łap oraz dopisek autora zawierający przekleństwo dla zwierzaka, który ubrudził atramentem przepisywane dzieło. To właśnie za sprawą śladów kocich łapek manuskrypt „Lettere e commissioni di Levante” zyskał sławę w świecie miłośników książek i z najdalszych zakątków dubrownickiego archiwum trafił na zaszczytne miejsce wystawy inkunabułów.

Jakie książki są w cenie?

Wspomniana wcześniej publikacja ornitologiczna nie była najdroższą książką na świecie. Bibliofile i instytucje kultury są w stanie zapłacić za wyjątkowe białe kruki znacznie więcej. Jedna z największych wylicytowanych kwot padła za tzw. „Kodeks Leicester”, skreślony ręką samego Leonarda da Vinci. Szczęśliwym nabywcą tej wyjątkowej książki okazał się Bill Gates, a zakup dzieła włoskiego mistrza kosztował go bagatela 30 milionów dolarów. Zgodnie z wyliczeniami Gazety Wyborczej, dziś wartość Kodeksu jest szacowana na aż 50 milionów dolarów.

W jakie książki warto inwestować na naszym podwórku? W wywiadzie dla Polskiego Radia Janusz Miliszkiewicz, publicysta zajmujący się rynkiem sztuki, powiedział, że w cenie są wydawnictwa patriotyczne, utrzymane w dobrym stanie, które odznaczają się dobrą proweniencją. Zgodnie ze słowami specjalisty, chodzi tu zatem o zbiory pochodzące z bibliotek królewskich i książęcych, ale też wydawnictwa propagandowe, które miały wspierać postawy Polaków np. w okresie wojny polsko-bolszewickiej.

Potwierdzenie jego słów znajdujemy na stronie Warszawskich Antykwariatów i Domu Aukcyjnego Lamus, organizatora najbardziej prestiżowych aukcji bibliofilskich w naszym kraju. Antykwariat może się pochwalić udanymi aukcjami z udziałem takich dzieł, jak rękopisy i dokumenty polskich władców. Były to m.in. dokumenty Zygmunta Starego, Jana III Sobieskiego czy Tadeusza Kościuszki.

Jak powiedział Andrzej Osełko z antykwariatu Lamus w wywiadzie dla serwisu rp.pl, na naszym podwórku przedział cenowy między 35 a 50 tysięcy złotych osiągnięty na aukcji bibliofilskiej nie jest zaskoczeniem. Wyjątkiem nie były też licytacje, w których padały kwoty rzędu nawet 200 000 zł. Jak podaje Rzeczpospolita, w 2017 roku obroty na rynku antykwarycznym w naszym kraju przekroczyły 200 mln złotych, a bibliofile wydali na cenne książki aż o 25% więcej, niż rok wcześniej. Specjaliści szacują, że tendencja ta będzie jeszcze rosnąć.

fot. Daniel Alvarez Sanchez Diaz on Unsplash

Ala Wilk