Czy to już koniec bitcoina i kryptowalut?

Najgorętsza inwestycja 2017 r. ponownie wróciła na czołówki gazet. Tym razem jednak nie chodzi o spektakularne zyski, lecz o spektakularne… straty. Od grudnia 2017 r. bitcoin, król kryptowalut, stracił już niemal 80% i dna nie widać. Jednak, jak to często bywa na rynkach finansowych, wszystko jest kwestią perspektywy.

Blokchainowy projekt, który początkowo interesował wyłącznie hardcorowych nerdów rozpalił masową wyobraźnię dzięki niewiarygodnym stopom zwrotu. Miał być walutą przyszłości, inwestorzy zarabiali miliony. Miało „zawsze rosnąć” do miliona dolarów za bitcoina. Pary starczyło do 19,5 tys. Jeśli w grudniu 2017 zapłaciłeś 39 tys. dolarów za dwa bitcoiny, pewnie dziś plujesz sobie w brodę, bo przepadło 30 tys. dolarów. W dniu pisania tego artykułu (22 listopada 2018) kurs bitcoina to niespełna 4,5 tys. dolarów.

Czytaj także: Krajobraz po bitcoinie - 3 scenariusze

Wykres z ostatniego roku świetnie pokazuje bitcoinową huśtawkę nastrojów – od gwałtownego wzrostu, noszącego znamiona podręcznikowej fazy manii na rynkach finansowych, przez gwałtowne załamanie i stopniowe osuwanie od lutego do listopada 2018.

Czym właściwie jest bitcoin?

Jeśli przegapiliście bitcoinową histerię w mediach w zeszłym roku, spieszymy z wyjaśnieniami. Bitcoin to wirtualna waluta wykorzystująca blockchain – formę technologii rozproszonej bazy danych, niezwykle odpornej na manipulacje i fałszerstwa.

W Blockchainie wszystkie zmiany w rejestrze zapisywane są przez wszystkich uczestników sieci bez pośrednika. Dzięki skomplikowanym zabiegom kryptograficznym są w stanie wykryć wszystkie manipulacje przy rejestrze. W teorii sfałszowanie rejestru wymagałoby zgromadzenia mocy obliczeniowej przekraczającej moc obliczeniową wszystkich innych uczestników sieci.

Warto pamiętać, że bitcoin był pierwszym praktycznym wdrożeniem Blockchain, ale naukowcy i programiści z całego świata pracują nad jego innymi zastosowaniami. Mogą to być np. księgi wieczyste nie wymagające obsługi notariuszy i sądów, transakcje giełdowe bez pośredników czy nawet dokumentacja państwowa.

Wróćmy jednak do bitcoina. Za pracę na rzecz sieci, czyli poświęcenie dla niej mocy obliczeniowych, użytkownicy wynagradzani są bitcoinami. To jest "pierwotne" źródło waluty, którym w tradycyjnych walutach są banki centralne państw. W miarę upływu czasu coraz trudniej "wykopać" bitcoiny, a maksymalna ich liczba w obiegu wynosi 21 mln. Bitcoiny można jednak kupić na różnych bitcoinowych giełdach.

Zwolennicy Bitcoina twierdzą, że kryptowaluty to przyszłość światowej gospodarki: odporne na fałszowanie, kradzieże, inflację. Nie wymagają pośredników, są niepodatne na manipulacje banków i państw, a wreszcie transakcje przeprowadzone w tej walucie zapewniają pełną anonimowość.

Tyle tylko, że za walutami tradycyjnymi stoi cała powaga aparatu państwowego, który przy użyciu waluty umożliwia regulowanie zobowiązań podatkowych. Za bitcoinem stoi… rozproszony system komputerowy. Póki co korzystanie z niego jako z waluty jest nierealne. Przynajmniej do momentu, aż Skynet osiągnie samoświadomość.

Co się stało z bitcoinem?

Dokładnie to samo co z każdym gorącym aktywem spekulacyjnym bez jakiejkolwiek wartości fundamentalnej – inwestorzy zaczęli realizować zyski. Bo wbrew szumnym zapowiedziom twórców kryptowaluty, ludzie woleli zamienić swoje warte miliony dolarów bitcoiny z powrotem na dolary i dopiero wtedy wydawać.

Kiedy inwestorzy, którzy weszli do gry przed 2017 r. zaczęli realizować zyski, kurs runął. A spanikowani spekulanci-amatorzy, którzy weszli „na górce” zaczęli pozbywać się bitcoinów, by ocalić choć część oszczędności życia. To pchało kurs jeszcze niżej, zwłaszcza że nie było żadnych amatorów spadających noży i inwestujących w wartość.

Na rynku akcyjnym po krachu czają się doświadczeni inwestorzy, którzy z przyjemnością przejmują gwałtownie przecenione akcje zdrowych firm, których w panice pozbywają się mniej doświadczeni inwestorzy. Jeśli firma wypłaca co roku 10$ dywidendy na akcję, a jedna akcja spadła do ceny 20$ to przecież nic tylko brać. W żargonie giełdowym mówi się o przejmowaniu akcji przez silne ręce. Po prostu poniżej pewnego poziomu cenowego pojawia się fundamentalny popyt skupujący niedoszacowany towar.

W przypadku bitcoina nie ma wartości fundamentalnej. Kryptowaluta sama z siebie nie generuje żadnych zysków, nie stanowi dowodu posiadania majątku ani niczyjego zobowiązania (jak nieruchomości, akcje czy obligacje). Nie można jej nawet spożyć (jak kolekcjonerskich alkoholi). Granie bitcoinem to najczystsza możliwa forma spekulacji.

Dodatkowo obrót na bitcoinie był tylko ułamkiem wartości obrotu na światowych giełdach. I to liczonym raczej w promilach niż procentach. Kiedy po jednej stronie pojawiła się spanikowana podaż, popyt po prostu nie miał środków, nawet spekulacyjnych, by odkupić kryptowalutę od wszystkich chętnych. I ceny leciały dalej.

Czy na bitcoinie można było zarobić?

Można było, ale to cięższe niż się wydaje, patrząc na wykres. Podkreślę jeszcze raz – bitcoin był i jest aktywem spekulacyjnym absolutnie niezwiązanym z jakąkolwiek realną wartością. To było jedno wielkie kasyno.

Teoretycznie nic łatwiejszego. Kupić 100 bitcoinów z 30 tys. dolarów na początku 2015 r. i sprzedać je za 1,9 mln. dolarów w grudniu 2017 r.

Tylko że ludzka psychika tak nie działa. Ci, którzy kupili bitcoina po 300 dolarów w 2015 r. nawet po dzisiejszym kursie mają zysk rzędu 1500 %, czyli 500% rocznie. To stopa zwrotu absolutnie nie do pobicia na rynku akcyjnym. Ale wiecie co? Oni nie widzą zysku 1500%, tylko stratę tych wirtualnych milionów sprzed roku.

W marszu bitcoina na szczyt było kilka spektakularnych przecen. W 2014 r. stracił ok. 80% (z 260$ na 50$) w kilka dni. Od czerwca 2014 do stycznia 2015 bitcoin stracił ponad 60%. Czy jest inwestor, któremu w takiej sytuacji nie puszczą nerwy i będzie trzymał bitcoina?

Paradoksalnie obecnie wciąż są zwolennicy kryptowalut, którzy uważają, że obecna przecena przypomina te sprzed trzech lat i waluta wystrzeli, by zaatakować ten mityczny milion dolarów. Jednak obecne zachowanie bitcoina to klasyczne zachowanie przebitego balonika bańki spekulacyjnej, z którego uszło powietrze.

  1. Długość spadków. Bitcoin spada już prawie rok. Po krachu od grudnia 2017 do lutego 2018 spadki spowolniły, ale trwają. W listopadzie 2018 bitcoin znów osunął się o ok. 33%.
  2. Klasyczna faza manii i paniki. Wzrosty w 2017 i spadki w 2018 to klasyczne przypadki manii i paniki towarzyszące pompowaniu i przekuwaniu bańki spekulacyjnej.
  3. Zainteresowanie mediów. Doświadczeni gracze giełdowi mawiają, że kiedy temat giełdy pojawia się na okładkach najpopularniejszych dzienników, czas uciekać. Popularność bitcoina w 2017 r. napompowały mainstreamowe media, które nagoniły na niego tysiące drobnych inwestorów, a następnie przestały się interesować przekłutą bańką, zostawiając inwestorów z ich potężnymi stratami.

Czyli to było oszustwo?

To zależy. Jeśli ktoś ci obiecywał, że zawsze będzie rosło i że świat lada moment przejdzie na bitcoina i będzie nim płacił to tak, oszukiwał cię.

Tak naprawdę bitcoin był i jest ekstremalnie ryzykowną formą hazardu. Duże wahania na tym aktywie będą się pewnie zdarzały jeszcze długo, a póki będą się zdarzały, póty będą się tam kręcili zawodowi hazardziści-spekulanci (dla niepoznaki zwani inwestorami), próbujący oskubać frajerów z pieniędzy jak cwaniacy w kasynach Las Vegas. Czy tracąc pieniądze przy stole do ruletki krzyczysz o oszustwie?

Warto przy tym zauważyć, że jak przy każdej bańce spekulacyjnej, ci którzy weszli na pokład najwcześniej, zarobili potężne pieniądze. Zobaczcie na poniższy wykres. Kupienie bitcoina trzy lata temu było o niebo lepszym pomysłem niż akcje S&P500, WIG-20 czy nawet gwiazdy ostatniej hossy – Netflixa. I to nawet po ostatnich spadkach filmowego giganta.

Tak naprawdę sprawa bitcoina to kolejna odsłona problemu znanego w inwestowaniu od lat – czy warto wskakiwać do baniek spekulacyjnych? Na pewno znajdą się hazardziści gotowi zaryzykować. Ja jednak wolę zagrać w pokera – przynajmniej tam mam na sytuację jakiś wpływ.

Co dalej z kryptowalutami?

Kryptowaluty zapewne wrócą do niszy. Będą zabawką nerdów i polem rozgrywek spekulantów. Zupełnie nie znikną, bo jednak anonimowość sieci kryptowalutowych to świetna przykrywka dla ciemnych interesów.

Czytaj także: Baronowie bitcoina

Jednak nie daj się namówić naganiaczom. Obecna sytuacja to nie jest świetna okazja do kupna. Nawet przy spadkach na światowych giełdach lepiej kupić akcje, nieruchomości lub złoto. Przynajmniej mają one większą wartość niż ciąg losowo generowanych impulsów elektrycznych w rozproszonej bazie danych.

Czytaj także: Jak inwestować w złoto, i dlaczego warto to zrobić właśnie teraz?

Photo by Thought Catalog on Unsplash

Rynek inwestycji alternatywnych i dóbr luksusowych - POBIERZ PDF

Krzysztof Krzemień