Czy to koniec wzrostów na złocie?

Kurs złota przerwał rajd z przedświątecznego tygodnia i waha się obecnie w okolicy 1280 dolarów za uncję. Inwestorzy zastanawiają się, czy nadszedł czas na korektę.

Przedświąteczny tydzień był imponujący. Uncja złota poszła w górę o około 2,7%, kończąc piątkową sesję lekko powyżej 1285 dolarów. Jeszcze lepiej radziło sobie srebro, które wystrzeliło w górę o ponad 3% i kosztuje około 18,5 dolara. Tylko nieco gorzej spisywały się platynowce, kojarzone raczej z wykorzystaniem przemysłowym. Platyna wzrosła o 2%, zaś pallad spadł o niecały procent. Metale szlachetne reagowały w ten sposób na wzrost awersji do ryzyka, wywołany głównie polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych.

Nowy tydzień przyniósł stabilizację kursów na całkiem wysokich poziomach. Warto zwrócić uwagę na złoto, którego notowania przekroczyły 200-dniową średnią kroczącą, po raz pierwszy od listopada ubiegłego roku. Zwolennicy analizy technicznej mogą to uznać jako nieśmiały sygnał do zakupów.

Metalami szlachetnymi w dalszym ciągu będzie rządzić wielka polityka. W miniony wtorek brytyjska premier Theresa May nieoczekiwanie ogłosiła plan przeprowadzenie przyspieszonych wyborów. Miałyby się odbyć już 8 czerwca, a wcześniej May musiałaby uzyskać zgodę Parlamentu, co właściwie jest tylko formalnością. Nadchodząca kampania nie powinna mieć bezpośredniego wpływu na globalne nastroje na rynku złota, aczkolwiek jej efekt już teraz widać na Wyspach. U.K. Royal Mint podała, że sprzedaż sztabek i monet wzrosła w pierwszym kwartale o 20 procent.

Nieco większy wpływ będą miały notowania dolara. Po serii gorszych danych o inflacji, sprzedaży detalicznej i rynku nieruchomości, oczekiwania wobec czerwcowej podwyżki stóp procentowych istotnie spadły. Notowania kontraktów terminowych sugerują zaledwie 40% prawdopodobieństwo decyzji, podczas gdy jeszcze kilka dni temu znajdowały się w pobliżu 60%. Wszystko to znalazło odzwierciedlenie również w rentownościach amerykańskich obligacji – 10-letnie papiery spadły poniżej 2,2%, wykreślając najniższy poziom od listopada ubiegłego roku. W tej chwili wydaje się, że najbardziej prawdopodobnym jest termin wrześniowy, co może przekreślić plan łącznie trzech podwyżek w 2017 roku.

W dodatku Rezerwa Federalna póki co nie może liczyć na wielkie plany Donalda Trumpa. Biały Dom na początku tygodnia wycofał się z obietnicy przeprowadzenia reformy podatkowej do końca sierpnia. Przypomnijmy, że było to sztandarowe hasło z kampanii wyborczej. Zdaniem Stevena Mnuchina, sekretarza skarbu USA, bardziej realny jest dopiero koniec roku. Oczywiście wszystko pod warunkiem, że Donald Trump zdoła w tym czasie „odczarować” niesprzyjający mu Kongres.

fot. skeeze, pixabay.com, CC0

Michał Tekliński