Kuczyński: Skoro wszyscy wieszczą spowolnienie w 2020, to przyjdzie ono rok wcześniej

Niedawno pisaliśmy o prognozach prof. Nouriela Roubini i włoskiego ekonomisty Brunello Rosy, które opublikowane zostały na stronie organizacji Project Syndicate. Prognozy dotyczą potencjalnego kryzysu, który mógłby nastąpić w ciągu najbliższych lat (najpewniej w 2020 roku), a Roubini i Rosa wymieniają 10 przyczyn, dla których tak właśnie może się stać. Analityk Piotr Kurzyński odnosi się do tych prognoz w swoim artykule „W poszukiwaniu kolejnego kryzysu”, napisanego dla Krytyki politycznej.

– Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że skoro wszyscy wieszczą jeśli nie kryzys, to przynajmniej spowolnienie w 2020 roku, to ono wtedy nie nastąpi – pisze Piotr Kuczynski na łamach portalu krytykapolityczna.plSłowo „wszyscy” tak naprawdę znaczy oczywiście „duża większość”, bo w Polsce też 90 procent moich koleżanek i kolegów oczekuje spowolnienia właśnie w 2020 roku. Ta opinia większość ekonomistów z dużym prawdopodobieństwem zamieni się w samosprawdzającą się przepowiednię – tyle, że spowolnienie pojawi się rok wcześniej.

Przyczyny takiego stanu rzeczy analityk upatruje w rosnącym niepokoju wśród biznesmenów, zarządów spółek czy nawet konsumentów, którzy zaczną teraz masowo ograniczać inwestycje i gromadzić zapasy, powodując tym samym przyspieszenie nadejścia spowolnienia gospodarczego. Już teraz w mediach pojawiają się informacje o spadającym indeksie PMI, który ma być objawem nadchodzącego spowolnienia. Piotr Kuczyński uważa, że jest to już nie tyle objaw nadchodzącego spowolnienia, co objaw lęku przed nadchodzącym spowolnieniem, który jednocześnie to spowolnienie przyspieszy.

W dalszej części polemiki analityk Xeliona próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście istnieją obiektywne przesłanki mogące świadczyć o faktycznym zagrożeniu dla światowej gospodarki.

Czytaj także: Jak przygotować się na kryzys?

Nic się nie zmieniło

– Przede wszystkim warto przypomnieć, że od krachu z 2008 roku nie tylko nic na lepsze się nie zmieniło – czytamy dalej. – Są wręcz takie obszary, w których sytuacja się pogorszyła.

Tutaj przytoczony zostaje Glass-Steagall Act., – ustawa, która została uchwalona w 1933 roku w odpowiedzi na Wielki Kryzys. Zabraniała ona łączenia bankowości inwestycyjnej z depozytowo-kredytową. Ustawa została częściowo anulowana w 1999 roku, co stało się jednym z elementów kryzysu 2008.

Po upadku Lehman Brothers usiłowano przywrócić te regulacje do życia, jednak nie pozwolił na to lobbing ze strony środowisk bankowych.

Kolejnym zagrożeniem są firmy TBTF, czyli too big to fall (zbyt duże, by upaść). Dawniej tak postrzegano bank Lehmana. Dziś jest to chociażby Deutsche Bank czy Amazon, który znajduje się w portfelach większości funduszy inwestycyjnych – czasem stanowiąc nawet 30 procent zawartości. Załamanie kursu akcji takiego giganta jest w stanie odcisnąć piętno na całej giełdzie, ale także i na gospodarce (w Polsce możemy obserwować podobne zjawisko, ale na dużo mniejszą skalę – afera GetBack i jej następstwa dla giełdy, szczególnie małych i średnich spółek).

Czytaj także: Kryzys subprime, czyli jak zadłużenie Amerykanów wstrząsnęło światem?

Rosnące zadłużenie i rynek derywatów

Kwestią problematyczną jest także zadłużenie. Od czasu ostatniego kryzysu zadłużenie cały czas rośnie, i mowa tutaj zarówno o zadłużeniu państw, jak i zadłużeniu konsumentów. Geneza kryzysu z 2008 roku tkwi m.in. w bańce kredytowej. Utrzymywanie niskich stóp procentowych przez ostatnią dekadę zaowocowało jeszcze większym wzrostem zadłużenia, szczególnie niebezpiecznego w przypadku konsumentów (zagraża ono stabilności sektora bankowego danego kraju).

– Dalej, czy coś się zmieniło na rynku derywatów, które Warren Buffett nazywa bronią masowego rażenia? – pyta Piotr Kuczyński. – Nic. Owszem, ten rynek zmniejszył się – miał wielkość 700 bilionów dolarów, a obecnie jest to ok 500 bilionów, ale nadal jest to jakieś siedem razy więcej, niż wynosi PKB całego świata.

Derywaty, w szczególności CDS – swapy ryzyka kredytowego – były w 2008 roku gorącym kartoflem, który doprowadził do nagłego wzrostu nieufności wśród banków.

Czytaj także: Czy Polska zbankrutuje podczas kolejnego kryzysu?

Jak zatem widać, świat od czasu pierwszej dekady XXI wieku nie uległ aż tak znaczącym zmianom. W dalszym ciągu popełniamy te same błędy i w dalszym ciągu zagrażają nam dokładnie te same czynniki ryzyka, co dziesięć lat temu. Jednak analityk Xelion zwraca uwagę na jeszcze jeden czynnik, który w ostatniej dekadzie uwypuklił się bardziej, niż w tej poprzedzającej kryzys.

– Dodajmy do tego coś, co ja nazywam diabelską alternatywą banków centralnych. Ich nieortodoksyjna polityka monetarna (zerowe lub ujemne stopy procentowe, poluzowanie ilościowe) doprowadziły do hossy na rynkach oraz (to efekt uboczny) do ożywienia gospodarczego. Teraz jednak powoli zaczynają myśleć o normalizowaniu polityki.

Oznacza to mniej więcej tyle, że skoro hossa napędzana jest tanim pieniądzem, to podniesienie jego kosztu niechybnie spowoduje efekt odwrotny. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w latach 2004-2006. Stopniowe podnoszenie stóp procentowych sprawiło, że wśród zadłużonego na potęgę społeczeństwa zaczęła wykruszać się ta część, która zadłużała się tylko dlatego, że pieniądz był tani – był to warunek zadłużenia, lub dodatkowa zachęta dla spekulantów. Wzrost niespłacalności kredytów spowodował załamanie na rynku nieruchomości, co właściwie było pierwszym aktem kryzysu.

Obecna sytuacja ma wiele analogii – FED stopniowo podnosi stopy procentowe, a na rynkach panuje hossa i wielki entuzjazm. Choć już teraz widać negatywne skutki – przede wszystkim na rynkach wschodzących, które zadłużały się w czasach taniego pieniądza.

– W ciągu 10 lat ich zadłużenie wzrosło z 5 do 19 bilionów dolarów – czytamy. – Rosnące stopy procentowe i umacniający się dolar gwałtownie obciążają ich budżety kosztami spłaty odsetek.

Czytaj także: Polski złoty wrażliwy na wstrząsy finansowe. Jak szybko dotrze do nas kryzys?

Długi trzeba spłacać

Stopy procentowe to jedno z podstawowych narzędzi, jakimi dysponuje bank centralny, by skutecznie przeciwdziałać efektom recesji – ich obniżenie pobudza akcję kredytową, a w efekcie konsumpcję. Jednak od czasu do czasu warto zacisnąć pasa i zacząć redukować zadłużenie. Banki centralne stoją zatem przed wyborem: pozwolić na dalsze zadłużenie i wzrost inflacji czy podnosić stopy procentowe? Oczywistym jest, że należy podnosić stopy procentowe, ale czy ostatnie 10 lat zostało spożytkowane należycie? Czy przygotowaliśmy się na spowolnienie? Raczej nie.

Choć z początku zdawać by się mogło, że Piotr Kuczyński zamierza polemizować z Roubinim i Rosą sugerując, że do spowolnienia może doprowadzić samo straszenie spowolnieniem, to jednak ostateczna wymowa artykułu dla Krytyki Politycznej pozostaje mało optymistyczna – strasznie kryzysem to samospełniająca się przepowiednia, ale nie ma alternatywy, skoro hossa napędzana jest długiem.

Czytaj także: NBP zwiększył rezerwy złota po raz pierwszy od 20 lat

Przypomina to słynny stand up Petera Schiffa, w którym porównuje on luzowanie ilościowe FEDu do działalności Bernarda Madoffa.

Photo by Joey Banks on Unsplash

Inwestycje od A do Z - POBIERZ PDF

Bartosz Adamiak