Kryzys Subprime, czyli jak zadłużenie ubogich Amerykanów wstrząsnęło światem

W 2007 i 2008 r. światowy system finansowy był o krok od kompletnej katastrofy. Udało się jej uniknąć dzięki potężnym wydatkom z kieszeni podatników. Jednak koszty i tak były wysokie, a dla wielu krajów na świecie okazało się to czasem równie traumatycznym jak Wielki Kryzys. A wszystko przez chciwość amerykańskich bankierów.

Kryzys 2007 r., Kryzys Subprime, Kryzys Finansowy. Te wydarzenia są tak świeże, że nie doczekały się jeszcze powszechnie używanej nazwy. Polska Wikipedia pisze o nim pod hasłem „Kryzys finansowy od 2007 r.”, angielska „Subprime mortgage crisis” („Kryzys hipotek subprime”), ale ma osobne hasło dla kryzysu finansowego 2007-2008, podobnie jak hiszpańska. Widać po tym, że wciąż mamy, jako społeczność światowa spore problemy ze zrozumieniem przyczyn i przebiegu wydarzeń.

Czytaj także: Czy Polska zbankrutuje podczas kolejnego kryzysu?

Amerykańskie pożyczki, czyli hulaj dusza, piekła nie ma

Na łamach MySavera od lat przestrzegamy Czytelników przed pożyczaniem pieniędzy. Nie jest to jakaś nasza dziwna fobia, a świadomość jak często do wielkich załamań ekonomicznych dochodziło na skutek nieodpowiedzialnego brania pożyczek.

Tak było i tym razem. Na początku XXI wieku System Rezerwy Federalnej (Fed), czyli amerykański bank centralny, rozpoczął serię obniżek stóp procentowych. Chodziło o pobudzenie gospodarki, która spowolniła po krachu na giełdzie, spowodowanej przebiciem bańki dot-comów. Kredyt stał się tani, bo stopy procentowe były niższe od inflacji. W efekcie Amerykanie pożyczali. Na nowe samochody, domy, wydawali pieniądze na kartach kredytowych. Zadłużenie sektora prywatnego wzrosło z ok. 170% PKB w 2000 r. do ponad 250% PKB w 2007 r. A sam PKB wciąż rósł.

Czytaj także: Inflacja i niskie stopy procentowe - jak chronić oszczędności?

Wszystko było dobrze, póki rosły ceny nieruchomości, a zwłaszcza domów. A te rosły błyskawicznie, ok. 50% w ciągu czterech lat (2002-2006), korzystając z niskich stóp procentowych, które zachęcały do inwestowania w nieruchomości.

Amerykańscy obywatele zaczęli grać w ryzykowną grę. Zaciągali pożyczkę hipoteczną na własny dom, nie przejmując się ratami ani warunkami. Po roku zaciągali nową wyższą, bo wartość domu będącego zabezpieczeniem poszła do góry. Spłacali stary kredyt, a „nadwyżkę” przejadali. Mechanizm działał, póki wszyscy wierzyli, że „zawsze będzie rosło”.

W końcu musiało przyjść nieuniknione. W 2006 r. przestało rosnąć. Przynajmniej ceny nieruchomości, bo rosnąć zaczęły stopy procentowe, a więc i koszty kredytu. W efekcie wielu Amerykanów obudziło się z ręką w nocniku. Nie było ich stać na spłaty kolejnych rosnących rat. Nie mogli przy tym sprzedać domu i pozbyć się długów, bo wartości ich nieruchomości zaczęły spadać poniżej kwoty zadłużenia. Konsumenci zaczęli ograniczać wydatki, coraz częściej nie spłacali zobowiązań. Ale to był dopiero początek.

Chciwy jak bankier

W 1999 r. pod naciskiem lobby finansowego w USA zniesiono Glass-Steagall Act z 1933 r. Wówczas, mając świeżo w pamięci krach na Wall Street w 1929 r., amerykańscy ustawodawcy zakazali łączenia ryzykowanej bankowości inwestycyjnej z bankowością depozytową, czyli obsługującą depozyty, kredyty etc. Banki zapewniały, że pamiętają lekcję, a w ogóle to ekonomia jest zupełnie inna niż 70 lat wcześniej. Jak miało się okazać, nie do końca.

Co gorsza większość banków było spółkami giełdowymi bez dominującego właściciela. Takie firmy żyją w rytmie rocznych, a nawet kwartalnych raportów. Zarządy muszą wykazać zyski, bo od tego zależą ich premie. Rozproszonego akcjonariatu z reguły nie interesowało systemowe ograniczenie ryzyka, tylko wzrost cen akcji i dywidenda. Ostrożniejsze zarządy pokazywały gorsze raporty i były odwoływane. Na rynku zostali ryzykanci, którzy dostarczali dużych zysków, póki wszystko było w porządku. W celu zwiększenia zyskowności bankierzy przekroczyli granice, tak w bankowości depozytowej, jak inwestycyjnej.

Pamiętacie Amerykanów refinansujących kolejne pożyczki rosnącymi cenami ich domów? Na takie manewry pozwalano nie tylko dobrze zarabiającym specjalistom czy biznesmanom. W końcu bankierzy potrzebowali pokazać nowych klientów, by dostać premie, więc mogli na to liczyć również sprzątacze, striptizerki czy ludzie bez stałego zajęcia. Ci, którzy nie mogli nic zrobić, gdy raty poszły w górę, a sprzedaż domów nie pozwalała na spłatę zadłużenia.

Czytaj także: Kuczyński: Skoro wszyscy wieszczą spowolnienie w 2020, to przyjdzie ono rok wcześniej

Żeby pozbyć się tych wątpliwej jakości kredytów, banki zaczęły pakować je setkami i tysiącami. Tak opakowane zaczęły rozprowadzać w bankowości inwestycyjnej jako superbezpieczne aktywa oprocentowane lepiej niż obligacje skarbowe. Agencje ratingowe posłusznie nadawały tym papierom najwyższe oceny wiarygodności, choć pod powierzchnią pływały śmieci.

Było to nazywane CDO od „collateralized debt obligations”, czyli „obligacje zabezpieczone długiem”. W praktyce był to zakład o kondycję amerykańskiego rynku nieruchomości, niczym u bukmachera. Jak długo kredytobiorcy spłacali długi, obligacje dawały zyski. Gdyby przestali spłacać, stawały się papierem bezwartościowym.

Co gorsza bankierom nie wystarczyły proste zakłady, ale zaczęli zawierać zakłady o zakłady i zakłady o zakłady o zakłady itd. Wszystko wzajemnie się zabezpieczało, wszystko było powiązane i oficjalnie zupełnie bezpieczne. Stopień skomplikowania był tak wielki, że gubili się nawet zawodowcy. Mało kto wiedział co naprawdę kupuje, ale prawie nikt się tym nie przejmował. Niestety cała ta misterna układanka warta biliony dolarów opierała się na założeniu, że robotnik fizyczny bez stałych dochodów z zapadłej dziury w Montanie będzie w stanie bez końca refinansować swoją hipotekę.

Czytaj także: "Zielona wyspa" - Kryzys Subprime w Polsce

Efekt domina

Kiedy w 2006 r. ceny amerykańskich nieruchomości ruszyły w dół, okazało się, że niemal 10% kredytobiorców ma problemy z obsługą kredytów. Ceny CDO zaczęły błyskawicznie spadać. Klienci banków inwestycyjnych i funduszy hedge, zapakowanych po uszy w CDO i podobne instrumenty, zaczęli przychodzić po swoje pieniądze. Banki inwestycyjne sprzedawały CDO, pchając ceny jeszcze bardziej w dół. Nagle okazało się, że największe banki świata zainwestowały miliardy dolarów w nic nie warte wydmuszki. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego instytucje finansowe na całym świecie musiały w sumie spisać na straty 1,5 biliona dolarów, czyli trzykrotność PKB Polski w 2017 r.

W marcu 2008 r. bank inwestycyjny Bear Stearns znalazł się na skraju bankructwa. Nic dziwnego, skoro według raportu z końca 2006 r. pożyczył 33-krotnie więcej niż wynosiły jego kapitały własne. To oznaczało, że 3% spadek wartości aktywów mógł go pogrążyć. Uratował go zakup przez JP Morgan Chase „po cenie złomu”. Ale nawet do takiego zakupu potrzebne były rządowe gwarancje w wysokości 29 mld dolarów. Wkrótce potem największe banki amerykańskie zostały dokapitalizowane środkami pochodzącymi m.in. z rezerw walutowych kilku państw. W zamian wyemitowały nowe akcje.

11 lipca 2008 IndyMac, jeden z amerykańskich odpowiedników polskich SKOK, ogłosił bankructwo. Było to wówczas czwarte największe bankructwo sektora bankowego w USA.

Na początku września 2008 Fed przejął Fannie Mae i Freddie Mac, dwie instytucje zajmujące się ubezpieczaniem kredytów hipotecznych dla uboższych Amerykanów.

15 września upadł Lehman Brothers, czwarty co do wielkości bank inwestycyjny w USA. To było apogeum kryzysu finansowego. Fed wyasygnował 100 mld dolarów na wykup toksycznych aktywów od AIG, a następnie amerykańscy podatnicy musieli dotować kolejne banki. W sumie wydali na to ponad bilion dolarów. Ile dokładnie? Nie sposób powiedzieć, bo to zależy od wycen śmieciowych aktywów, które Fed otrzymał w zamian. Niektórzy mówią nawet o ośmiu bilionach, ale to niemal na pewno znacznie zawyżone szacunki. Najczęściej w analizach można spotkać kwotę 1,7 bln dolarów.
Na kryzys bakowy błyskawicznie zareagowała giełda. Indeks S&P500 stracił 57% od szczytu z października 2007 do dna z marca 2009. Cena złota wzrosła z kilkuset dolarów do nawet 1900 dolarów za uncję w 2011 r. Osobista wartość netto amerykańskich gospodarstw domowych (czyli aktywa minus zobowiązania) skurczyła się w ciągu roku o jedną czwartą.

Z finansów do realnego świata

Te wydarzenia szybko przestały być tylko problemem krawaciarzy z Wall Street. Amerykanie, przygnieceni długiem i stratami na rynkach finansowych, zacisnęli pasa. Nagły spadek konsumpcji wywołał w USA dwuletnią recesję (2008-2009).

Firmy, których produktów nikt nie kupował, zaczęły mieć problemy z obsługą długu, pogłębiając problemy sektora bankowego. Kolejne bankructwa oznaczały kolosalne problemy na rynku pracy. W ciągu roku liczba bezrobotnych w Stanach się podwoiła (z 7 do 15 mln osób).

Skoro Amerykanie nie kupowali nowych aut, branża motoryzacyjna stała się kolejną, która wyciągnęła rękę po państwowe pieniądze. Z pomocy Wuja Sama korzystały m.in. Ford, Chrysler i GM. Detroit, stolica przemysłu motoryzacyjnego, już wcześniej miejsce dalekie od wyobrażeń „amerykańskiego snu”, zaczęło zmieniać się w miasto-widmo, które ostatecznie ogłosiło bankructwo w 2013 r.

Kryzys szybko rozlał się na inne części świata i doprowadził m.in. do kryzysu zadłużenia w Europie. Zarówno Fed jak Europejski Bank Centralny uruchomiły drukarki i rozpoczęły dodruk pieniądza znany pod eufemistyczną nazwą „luzowania ilościowego”.

Ostatecznie pożar udało się ugasić kosztem bilionów dolarów z budżetów państw. Główni winni, czyli lekkomyślni politycy i bankierzy, nie ponieśli praktycznie żadnych konsekwencji. Giełda amerykańska zaczęła ponownie rosnąć w 2009 r., podsycana miliardami dodrukowywanych dolarów. Od 2010 r. amerykańskie PKB znów rośnie. Podobnie jak zadłużenie państwa. Za kryzys zapłacili podatnicy.

Czytaj także: Jak przygotować się na kryzys?

Kraje południa Europy do dziś zmagają się ze skutkami kryzysu. Młodzi Hiszpanie, którzy wchodzili na rynek pracy w dekadzie od 2008 r. znani są jako „stracone pokolenie”. Grecja do dziś nie podniosła się z upadku.

Powyższy artykuł z konieczności upraszcza wiele złożonych procesów ekonomicznych i finansowych, które złożyły się na Kryzys Subprime. Opowiedzenie pełnej historii tego kryzysu wymagałoby kilku opasłych ksiąg. Mam jednak nadzieję, że macie teraz ogólne pojęcie o jego źródłach i przebiegu.

fot. Cory Doctorow, flickr.comCC BY-SA 2.0

Krzysztof Krzemień