Leszek Czarnecki o GetBack: to był bardzo bezpieczny model biznesowy

- Gdy sprzedawaliśmy GetBack, nie pozostawiliśmy żadnych złych wierzytelności - mówił Leszek Czarnecki podczas konferencji Wall Street. Jak zapewniał biznesmen, należącego do niego banki, które oferowały swoim klientom obligacje spółki windykacyjnej, uwzględnią wszystkie zasadne reklamacje.

Czytaj także: Bezpieczne jak w banku? Nie po GetBack

Przeżywający olbrzymie kłopoty GetBack to firma, która w przeszłości należała do Leszka Czarneckiego. W 2014 roku 100% akcji spółki windykacyjnej kupiła należąca do wrocławskiego biznesmena grupa Idea Bank. Dwa lata później Idea Bank sprzedał firmę funduszowi Abris Capital Partners.

Czytaj także: Afera KNF - czy nasze pieniądze są bezpieczne w banku?

Temat GetBacku zdominował spotkanie z Leszkiem Czarneckim, który był gościem specjalnym 22 edycji konferencji Wall Street w Karpaczu.

- My sprzedawaliśmy GetBack na przełomie 2015 i 2016 roku, umowę podpisaliśmy w marcu 2016 roku. Na koniec 2015 roku spółka miała całkowite zadłużenie 470 mln złotych, 14 mld zł portfela i pokazała zysk 120 mln złotych. Z tych 470 mln zł tylko niecałe 250 mln zł pochodziło z zadłużenia z zewnątrz, a reszta to było zadłużenie z grupy - wyliczał Leszek Czarnecki.

Kronika Galla Anonima z darmową przesyłką za pobraniem

"To był bezpieczny model biznesowy"

Jak tłumaczył biznesmen, tuż przed transakcją sprzedaży, zgodnie ze statutem spółki, zarząd GetBack na każde zadłużenie powyżej 1,5 mln zł i na podpisanie każdej umowy powyżej 1,5 mln zł, musiał prosić radę nadzorczą o zgodę. Niezależnie od tego, miał wyznaczony całkowity limit zadłużenia, który na koniec 2015 roku wynosił 230 mln złotych.

- Tak niskie zadłużenie nie przekraczało dwukrotności EBITDA (czyli zysku firmy przed odsetkami, opodatkowaniem i amortyzacją - przyp. red.). To znaczy, że spółka z bieżących odzysków finansowych bez problemu mogła w ciągu dwóch lat spłacić zadłużenie. To był bardzo bezpieczny model biznesowy - podkreślał Czarnecki.

Czytaj także: GetBack: NIK weźmie pod lupę KNF, UOKiK i GPW

Na pytanie, czy nie pozostawił w firmie żadnych złych wierzytelności, Leszek Czarnecki odpowiedział:

- Absolutnie nie, w 100 procentach. To był zupełnie inny model biznesowy. Spółka w znakomitej większości realizowała taki model, że znajdowała inwestorów zagranicznych na inwestycje w wierzytelności w Polsce. I wspólnie z nimi GetBack tworzył konsorcjum, z reguły wkładając 10-15 proc. całej sumy na nabywany portfel. Ale już ci inwestorzy dawali GetBackowi cały portfel do serwisowania. W związku z tym, GetBack był w znacznej mierze firmą serwisową, a nie inwestycyjną. Kto inny wkładał pieniądze w te portfele - mówił miliarder.

Czytaj także: Kryzys zaufania na polskim rynku kapitałowym

"Zadłużenie raptownie wzrosło"

Jak tłumaczył, z chwilą gdy sprzedał firmę, raptownie zaczęło rosnąć zadłużenie.

- Obecnie wynosi ono około 2,8 mld złotych, przy niewiele większym zysku i niewiele większym EBITDA. Wcześniej mieliśmy 14 mld zł portfela przy zadłużeniu 470 mln zł, w tej chwili mamy 28 mld zł portfela, czyli raptem dwa razy więcej, ale przy zadłużeniu 2,85 mld zł, czyli sześć razy większym! - podkreślał Leszek Czarnecki.

Czarnecki tłumaczył, że po sprzedaży zmieniono model biznesowy z firmy serwisowo-inwestycyjnej na przede wszystkim inwestycyjną.

- W dodatku postanowiono zrobić klasyczny błąd finansowania długich aktywów krótkimi pasywami, czy też mówiąc bardziej kolokwialnie, kupiono długie portfele, z których się będzie długo windykowało pieniądze, a które się finansuje krótkim pieniądzem. Nie rozumiem, jak firma mogła budować taki model i w dodatku nie informować rynku o tym, że ostatnie emisje mogą być spłacone tylko pod warunkiem, że następne emisje dojdą do skutku. Bo firma z normalnego biznesu nie ma jak fizycznie tego spłacić. To się po prostu nie składa - mówił biznesmen.

Jak spekulował Czarnecki, w pewnym momencie prezes firmy czy też zarząd zauważył, że mają dziurę, która się w żaden sposób cashflow-owo nie złoży i postanowił ogłosić emisję.

- Ja nie wierzę, żeby tam nie było dyskusji, po co jest ta emisja. Nie wierzę, żeby akcjonariusze nie mieli wtedy świadomości tego, jaka jest sytuacja. Informowano, że emisja jest potrzebna na rozwój i na refinansowanie, ale to refinansowanie było gdzieś tam zakamuflowane. Nie, ta emisja była wyłącznie na spłatę bieżących obligacji - zaznaczał Leszek Czarnecki.

Czytaj także: NIK rozpoczyna kontrolę w NBP

"Jeżeli był misseling, z góry przepraszam"

Czarnecki przyznał, że kontrolowane przez niego banki - Idea Bank i Lion's Bank - były aktywnymi pośrednikami w sprzedaży obligacji GetBacku.

- Zaczynają spływać reklamacje, my je wszystkie rozpatrujemy. I wszystkie zasadne reklamacje uznamy i zadośćuczynimy klientom. Rzeczywiście, byliśmy dużym dystrybutorem tych obligacji, ale absolutnie nie dominującym. Jeżeli rzeczywiście będą "missele" (misseling to wątpliwe pod względem prawnym i etycznym zachowania i procedury nastawione na sprzedaż produktu finansowego, niedostosowanego do potrzeb i możliwości klienta - przyp. red.) , to ja mogę tylko z góry powiedzieć, że za nie przepraszam i to nie jest powód, żebym był z nich dumny - mówił Leszek Czarnecki.

Biznesmen podkreślał, że jego firmy też mają też status poszkodowanego.

- Getin Bank ma kredyt na siedemdziesiąt kilka milionów złotych, Idea Bank ma tych obligacji na 20 mln, TFI też na około 20 mln zł. Mało tego, moja prywatna fundacja, która nie zbiera pieniędzy, ja jestem jedynym donatorem, też ma kilka milionów w tych obligacjach. Jestem więc jak najbardziej zainteresowany rozwojem sytuacji, daj boże w pozytywnym kierunku - dodawał Czarnecki.

"Szybki i dobry układ"

Leszka Czarneckiego zapytano też, co należy zrobić, by wyprowadzić spółkę z kłopotów, by zaczęła spłacać swoje zobowiązania, by po prostu przetrwała.

- Z całą pewnością trzeba jak najszybciej zawrzeć układ, dlatego że postępuje ogromna demoralizacja firmy. Nawet nie do końca jestem w stanie sobie wyobrazić, co tam ludzie przeżywają. Ale w kryzysie spada dyscyplina, spada motywacja, najlepsi ludzie odchodzą. A szczególnie w tak drażliwym biznesie jak windykacja wierzytelności należy się spodziewać, że chęć dłużników do spłaty zobowiązań na pewno nie rośnie. W związku z tym, jeśli ten układ będzie długo procedowany, to za parę tygodni czy miesięcy, on już nie będzie potrzebny, bo nie będzie się z kim układać - tłumaczył Czarnecki.

Układ - jak zaznaczał biznesmen - musi gwarantować sprawne i dobre funkcjonowanie firmy.

- Co nie jest prostą sprawą, bo firma przeżywa ogromny kryzys, utratę zaufania rynku itd. Musi być nakreślona dokładna mapa drogowa, co ta firma będzie dalej robiła. Im szczegółowiej, tym lepiej i to już na etapie wypracowywania układu, żeby rynek wiedział, czego się spodziewać - wyjaśniał miliarder.

Zdaniem Czarneckiego, zarządowi trzeba wpisać do układu warunek poszukiwania inwestora strategicznego czy portfelowego.

- Trzeba też nakazać sprzedaż wszystkich aktywów nieważnych dla biznesu, tzw. nie-corowych. Niezłym pomysłem jest, żeby wpisać ogromny pakiet menedżerski dla menedżerów, którzy będą spółką zarządzali, rzędu 15-20 procent, pod warunkiem spłaty wszystkich zadłużeń. Jeżeli układ będzie szybko zawarty i będzie to dobry układ, z dobrym zarządem i dobrą radą nadzorczą, myślę, że jest duża szansa, by wierzyciele odzyskali przynajmniej 100 proc. swojej należności głównej - podkreślał Leszek Czarnecki.

Fot. https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Leszek_Czarnecki_2010.jpgCC BY-SA 3.0

Tomasz Matejuk