Jedziesz na narty za granicę? Te błędy mogą cię słono kosztować

Długie, świetnie przygotowane stoki, gwarancja śniegu, znakomita infrastruktura - na uroki alpejskich kurortów coraz częściej dają się skusić także Polacy. Jadąc na narty za granicę, warto jednak wystrzegać się błędów, które mogą znacząco nadwyrężyć nasz portfel.

O tym, że coraz więcej Polaków woli szusować na nartach za granicą, można się przekonać, wybierając się do dowolnego resortu we Włoszech, Austrii czy Francji. Tam, w kolejce do wyciągu albo w barze na stoku, bez trudu usłyszymy ojczysty język. Potwierdzają to także statystyki biur podróży i portali pośredniczących w rezerwacji wyjazdów.

Jak wynika z danych Travelplanet.pl, który przeanalizował rezerwacje wyjazdów na narty, obejmujące okres od 10 grudnia (wówczas ruszyła większość alpejskich stacji narciarskich) do 1 kwietnia (Wielkanoc i zwyczajowo to koniec sezonu narciarskiego), liczba rezerwacji (poczynionych do połowy listopada 2017 roku) wzrosła o 30 proc. w porównaniu do poprzedniego sezonu.

- To spory wzrost biorąc pod uwagę specyfikę narciarskich rezerwacji, uwarunkowanych warunkami śniegowymi. W niektórych wypadkach optymizm narciarzy i wiara w standardowe w Alpach naśnieżanie większości stoków asekurowane jest możliwością bezkosztowej zmiany rezerwacji w wypadku niedostatecznych warunków. Wabikiem są też karnety w cenie pobytu w niskich sezonach, spore zniżki na dzieci itp. bonusy - tłumaczą przedstawiciele Travelplanet.

Austria goni Włochy

Miłośnicy białego szaleństwa zmieniają swe zimowe preferencje dotyczące kierunków narciarskich wakacji. Co prawda Włochy to wciąż numer jeden pod względem rezerwacji na narty, ale teraz wybiera się tam "zaledwie" 48 proc. klientów biur podróży. A w poprzednim sezonie aż 60 proc. rezerwujących narciarskie wakacje, decydowało się na włoskie stoki. Najpopularniejszymi regionami we Włoszech są Val di Sole, Livigno i Passo Tonale.

Z kolei znacznie zwiększyło się zainteresowanie szusowaniem na stokach austriackich. Przed poprzednim sezonem narciarski pobyt w Austrii zarezerwowało 17 proc. miłośników białego szaleństwa, obecnie jest to aż 27 procent. Tu z kolei najpopularniejsze kurorty to: Kaprun – Zell am See, Karyntia (Bad Kleinkircheim, Nassfeld) i Maishofen.

Diamenty od A do Z - pobierz darmowy ebook

Skąd ta zmiana? Jak tłumaczą przedstawiciele Travelplanet.pl, przede wszystkim to kwestia kosztów.

- Na wyjazd do Austrii narciarz wydaje obecnie średnio 1650 zł. To raptem o 35 zł więcej niż w poprzednim sezonie. Tymczasem narciarskie wakacje we Włoszech zdrożały aż o 170 zł od osoby, do 1580 zł, i pod względem średnich kosztów doganiają austriackie. Przy czym trzeba pamiętać, że włoskie stoki to dodatkowe kilkaset km jazdy samochodem. A oprócz paliwa trzeba zapłacić dodatkowo za przejazd autostradami - wyliczają.

To jednak nie wszystkie koszty, z którymi musimy liczyć się, wyjeżdżając na narty za granicę naszego kraju. Często bowiem przez naszą nieuwagę (a czasami wręcz głupotę), możemy znacznie nadwyrężyć nasz portfel.

Piłeś alkohol? Ubezpieczenie może nie zdziałać

Rośnie świadomość co do tego, że wyjeżdżając na narty za granicę, warto wykupić ubezpieczenie. Powinno ono nie tylko pokrywać koszty leczenia, na wypadek, gdyby coś nam się stało na stoku. Dobrze, jeśli zawiera również opcję OC, czyli powinno chronić nas także przed kosztami odszkodowania, jeśli np. w kogoś uderzymy i zrobimy mu krzywdę lub zniszczymy jego drogi sprzęt.

- Niestety mimo wykupienia takiego ubezpieczenia, może się okazać, że ono nie zadziała. Często ochrona nie obejmuje bowiem sytuacji, gdy do wypadku dojdzie, gdy byliśmy pod wpływem alkoholu. Czasami ubezpieczyciel dopuszcza wypłatę odszkodowania, jeśli stężenie alkoholu we krwi lub w wydychanym powietrzu nie przekracza określonej w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia wartości - podkreśla Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors.

Zjechałeś po złej stronie góry? Możesz zapłacić krocie

Dla osób jeżdżących na nartach w polskich ośrodkach brzmi to abstrakcyjne, ale w Alpach czy Dolomitach, nieopatrznie można utknąć wiele kilometrów od miasteczka, w którym mieszkamy. Czasami obszar narciarski jest po prostu tak duży, że powrót do miejsca, z którego zaczęliśmy szusowanie, zajmuje dużo czasu. Nieuważni turyści nie zdążają na ostatnią kolejkę, którą mogą wrócić na swoją stronę góry, wyciągi bywają też zamykane ze względu na silny wiatr.

W takiej sytuacji czasami można wrócić skibusem, który drogami dowiezie nas do naszej miejscowości. Nie zawsze jest to jednak możliwe.

- Dla przykładu, ośrodek Breuil-Cervinia leży przy granicy Włoch ze Szwajcarią. Po szwajcarskiej stronie gór znajduje się ośrodek Zermatt. Stoki narciarskie obu ośrodków są połączone. Jeśli np. ktoś mieszkający po stronie włoskiej pojedzie szusować na szwajcarskich nartostradach i nie zdąży na ostatnią kolejkę linową, to utknie na noc niemalże bez możliwości powrotu. Nie ma co liczyć na skibusa czy taksówkę, gdyż dojazd drogami omijającymi góry to aż 225 km. Będąc w takim ośrodku warto więc uważać, żeby nie utknąć po drugiej stronie gór, gdyż taka przygoda może nas drogo kosztować. Taki niespodziewany nocleg nie należy do tanich - zaznacza Jarosław Sadowski.

Darmowy roaming? Tylko w UE!

Powoli już przyzwyczajamy się, że w Unii Europejskiej możemy korzystać z roamingu bez dodatkowych opłat. Czasami możemy jednak zapomnieć o tym, że w innych krajach rozmowy czy korzystanie z internetu mobilnego bywa bardzo kosztowne.

Przykładowo ktoś, kto szusuje na wspomnianych już nartostradach Breuil-Cervinii może zapłacić ogromny rachunek, jeśli przejedzie na stronę szwajcarską i nie wyłączy roamingu.

- Nawet jeśli nigdzie nie zadzwoni, to jego telefon będzie łączył się z internetem i może ściągnąć sporą ilość danych. Szwajcaria nie należy do Unii, więc tam darmowy roaming nie zadziała - podkreśla Sadowski.

Uważaj na przewalutowanie

Korzystając z karty płatniczej za granicą, czasami sprzedawca lub bankomat proponuje nam przewalutowanie transakcji na złote po swoim kursie. Teoretycznie jest to wygodne, gdyż od razu możemy zobaczyć, jaka kwota w złotych zostanie pobrana z naszego konta. Taka usługa nazywa się DCC (Dynamic Currency Conversion, czyli Dynamiczna Zmiana Kursu) i niestety czasami bywa bardzo niekorzystna.

- Koszt takiego przelutowania może przekroczyć nawet 10%. To więcej niż w bankach, w których łączny koszt to 5%-9%. Warto więc dokładnie czytać komunikaty wyświetlane przez zagraniczne bankomaty i terminale płatnicze. Najlepiej wyrobić sobie kartę do konta walutowego i płacić walutą kupioną po atrakcyjnym kursie w kantorze internetowym - radzi Jarosław Sadowski.

Będzie to szczególnie opłacalne, jeśli nie jedziemy z biurem podróży, lecz samodzielnie będziemy opłacali np. koszty noclegu, skipassy czy płacić za wypożyczenie sprzętu. Mając taką kartę również trzeba jednak uważać, aby sklep czy bankomat nie przewalutował nam operacji na złote.

- Terminal i bankomat rozpozna, że nasza karta jest z polskiego banku, ale nie będzie wiedział, że jest powiązana z kontem w euro. Płacąc taką kartą szczególnie trzeba więc uważać, aby nie zaakceptować przewalutowania za pomocą usługi DCC - dodaje ekspert.

fot. tanjamertke, pixabay.com, CC0

Tomasz Matejuk