O czym świadczy wprowadzenie banknotu 500 zł?

W 2015 roku Narodowy Bank Polski zapowiadał pracę nad nowym banknotem o nominale 500 zł. Z roku na rok rosną również przeciętne wynagrodzenia Polaków. Czy mając więcej papierowych pieniędzy naprawdę stajemy się bogatsi? Sprawę można ująć dość prosto: NIE.

Dlaczego? Dlatego, że o bogactwie mówi siła nabywcza banknotów, które zarabiamy. Zacznijmy jednak od kilku kwestii historycznych. Ostatnie dwie polski denominacje miały miejsce w Polsce w 1995 roku oraz w 1950 roku. Porównajmy te dwa okresy.

W 1950 roku, za sprawą działań partii rządzącej wprowadzono nową złotówkę, rzekomo opartą na złocie. Cała operacja była - delikatnie mówiąc - nieuczciwa, albowiem w wymianie obowiązywały dwa przeliczniki. Ci, którzy dysponowali gotówką posiadali gorszy przelicznik, ci, którzy posiadali pieniądze na koncie bankowym otrzymali przelicznik lepszy. Byli zatem równi i równiejsi.

W 1950 roku średnie polskie wynagrodzenie wynosiło 551 zł. Inflacja wynosiła 7,5%. Nominały banknotów, które wprowadzono do obiegu wynosiły od 2 zł do 500 zł. Socjalistyczne państwo polskie zaczynało nabierać rozpędu, a wraz z nim centralnie planować, inwestować, a i z czasem – za towarzysza Gierka – dużo na państwowe przedsięwzięcia pożyczać.

15 lat później, a więc w 1965 roku do obiegu wprowadzono nowy banknot. Jego nominał wynosił 1000 zł. Co prawda, wskazywało to, że nominalnie jesteśmy bogatsi, lecz siła nabywcza złotówki pozostawiała wiele do życzenia. Co z tego, że w 1960 średnie polskie wynagrodzenie wynosiło już 1560 zł, a w 1965 roku aż 1867 zł, kiedy ceny również poszybowały w górę. Inflacja skumulowana – a więc ta, której oficjalnie się nie podaje – wynosiła już ponad 80%. Cóż więc z podwyżki wynagrodzeń, skoro siła nabywcza pieniędzy spadła o 80%.

Po 25 latach od bierutowskiej denominacji inflacja skumulowana wynosiła 100,4%, co oznacza, że dostępne towary i usługi były dwa razy droższe. Tyle mówią rządowe statystyki. Można domniemać, że wzrosty cen były w praktyce jeszcze wyższe. Średnie wynagrodzenie wynosiło już 3913 zł. W tym samym czasie odświeżono banknoty, lecz najmniejszym nominałem miało być 10 zł z Bemem (emisja w 1982 roku), zaś najwyższym 1000 zł (emisja w 1975 roku). Zniknęły więc nominały najmniejsze i dodano kolejny. Dwa lata później, a więc w 1977 roku, pulę nominałów uzupełnili Mieszko I z Chrobrym, których nominał wynosił już 2000 zł.

Wprowadzone do obiegu w drugiej połowie lat ’70 banknoty stanowiły odpowiednio 2-krotność oraz 4-krotność tego ile zarabiano średnio w Polsce w 1950 roku.

W 1995 roku, po wprowadzeniu trzeciej w XX wieku polskiej denominacji średnie polskie wynagrodzenie wynosiło 702 zł. Nominały nowych banknotów wynosiły od 10 zł do 200 zł. Ten ostatni był niezwykle rzadko stosowany, podczas gdy teraz „200” nie jest czymś co przysparza problemów w sklepie kiedy trzeba nam wydać resztę. Po 21 latach od tego czasu inflacja skumulowana wynosi 127,4%. To pomiar na bazie oficjalnych rządowych informacji, które mogą być zaniżone. Średnie wynagrodzenie z kolei wynosi już 3899 zł. Do obowiązującej obecnie puli banknotów dołączyć ma nowy, którego nominał wynosi 500 zł. Czy oznacza to, że jesteśmy bogatsi? Oczywiście, że nie. Nominalnie posiadamy więcej pieniędzy, lecz pieniądze te posiadają coraz niższą siłę nabywczą. Porównajmy teraz okresy, o których mowa.

wykres1

A jak się ma sprawa z wynagrodzeniami? Podobnie.

wykres2

Reprezentanci NBP twierdzą, że większy nominał ma służyć ułatwieniu oszczędzania oraz obniżeniu kosztów emisji. Czy o to samo chodziło władzom PRL, kiedy emitowały kolejne nominały? Po 1975 roku, kiedy zadłużone polskie państwo zaczęło się toczyć niczym po równi pochyłej, Polacy stawali się coraz „bogatsi”, albowiem do ich rąk trafiły banknoty 5 000 zł, 10 000 zł, 20 000 zł, 50 000 zł, 100 000 zł, 200 000 zł, 500 000 zł, 1 000 000 oraz 2 000 000 zł. W powietrzu wisiało też wprowadzenie nominału 5 000 000 zł. Czy o to chodzi w bogactwie?

Co z tym wszystkim wspólnego ma złoto? Otóż bardzo wiele. Okazuje się, że średnie polskie wynagrodzenie zamienione na złoto na początku denominacji po czasie nie tylko ochroniło kapitał przed utratą siły nabywczej, lecz co więcej pozwoliło na pewien profit.

Można przyjąć, że średnie polskie wynagrodzenie wyrażone w dolarach w 1950 roku wynosiło ok. 25-35$. Ówczesna cena złota wynosiła wówczas 35$. Średnie wynagrodzenie było równowarte około uncji złota. Co prawda posiadanie złota było zabronione, lecz naiwnym byłoby myśleć, że co sprytniejsi nie potrafili nabyć „uncjówki” bądź oddawali te, które mieli do bankowego skupu w zamian za 140 zł (oficjalny kurs 1$ był wynosił wówczas 4 zł). Na przełomie 1994 i 1995 roku, kiedy wprowadzano nowe pieniądze za 551 zł z 1950 roku można było kupić 0,0019 g złota lub (do wyboru jedno) 2-3 kromki chleba, 100 ml mleka, 2 łyżeczki cukru, cienki plasterek schabu. A co pozwalała nabyć uncja złota, którą zamieniono na papierowy pieniądz? 1300 chlebów, 1500 litrów mleka, 90 kg schabu, prawie tonę cukru!

Czy nasze papierowe pieniądze skończą tak samo jak te z epoki PRLu? Czy zmierzamy w tym samym kierunku? Przyszłości nikt nie zna, ale jedno jest pewne: ilość pieniędzy rośnie z każdym miesiącem, zupełnie tak samo jak miało to miejsce za czasów Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Mówi o tym ogólnodostępny i uaktualniany przez NBP agregat finansowy M3, który jest realną miarą inflacji, gdyż ta to nie tyle wzrost cen, co wzrost ilości pieniądza. Papierowego pieniądza, który jest głównym prowodyrem wzrostu cen metali szlachetnych.

wykres3

Żródła danych: GUS oraz NBP.

fot. Narodowy Bank Polski, flickr.comCC BY-ND 2.0