Pakiet stymulacyjny Bidena przyjęty. Widmo inflacji coraz wyraźniejsze

W środę kongres przegłosował ustawę dotyczącą pakietu stymulacyjnego Joe Bidena. Pakiet opiewa na oszałamiającą kwotę 1,9 bln dolarów, i jest to szósty tego typu pakiet, od początku pandemii.

W skład pakietu wchodzą m.in. bezpośrednie transfery gotówkowe – jednorazowo po 1 400 USD dla osób zarabiających mniej niż 75 tys. USD rocznie. Ustawa przedłuża także zasiłek dla bezrobotnych w wysokości 300 USD tygodniowo, a także uwzględnia ulgę podatkową na dziecko w wieku 6-17 lat, w wysokości 3 000 USD, oraz 3 600 USD w przypadku dziecka poniżej 6 roku życia.

Ponadto 350 mld USD trafi do rządów stanowych, lokalnych i plemiennych. 130 mld USD przeznaczone będzie na pomoc w ponownym otwarciu szkół (m.in. ulepszenie systemów wentylacyjnych, zmniejszenie klas, zakup środków ochrony osobistej etc.), ok. 40 mld USD dla szkół wyższych.

Pakiet obejmuje także środki na wsparcie upadających planów emerytalnych, pomoc mieszkaniową, pomoc dla bezdomnych, a także wsparcie programu FEMA (obrona cywilna) Emergency Food and Shelter, czyli również pomoc dla najuboższych – posiłki, pomoc w zakwaterowaniu w schroniskach, pomoc w spłacie zobowiązań, drobne naprawy.

Kto za to zapłaci?

Podczas, gdy demokraci święcą tryumf, przeciwnicy pakietu stymulacyjnego (republikanie, którzy zresztą jeszcze rok temu nie mieli problemu z wcześniejszymi pakietami) zadają pytanie – kto za to wszystko zapłaci? I choć jest ono słuszne, jest także retoryczne. Rząd weźmie te 1,9 bln dolarów dokładnie z tego samego miejsca, skąd wziął 3,1 bln dolarów wydane na wcześniejsze pakiety stymulacyjne – pożyczy je. Ponieważ jednak na rynku nie ma wystarczającego popytu, aby skupić te wszystkie obligacje skarbowe, które będzie musiał wyemitować rząd, do akcji znów wkroczy bank centralny.

FED skupi dług za świeżo wykreowane pieniądze, wykreuje sztuczny popyt na obligacje i utrzyma niskie stopy procentowe, zaś pieniądze, które dzięki temu trafią do gospodarki, spowodują wzrost inflacji. Ta w lutym dała już o sobie znać, wzrastając o 0,4 proc. miesiąc do miesiąca i 1,7 proc. rok do roku. To największy wzrost od początku pandemii.

Inflacja w Polsce i ujemnie oprocentowane lokaty

W Polsce również obserwujemy niepokojące zapowiedzi wyższej inflacji, przy jednoczesnej deklaracji ze strony NBP, że bank centralny z inflacją walczyć nie zamierza. Najnowszy raport NBP przewiduje wzrost cen, nawet powyżej celu inflacyjnego, jednak jednocześnie bank komunikuje, że do końca kadencji stopy procentowe raczej nie zostaną podwyższone, a wręcz mogą zostać obniżone.

Zbiega się to z informacjami, jakie ostatnio przedstawiła Rzeczpospolita, jakoby pierwszy polski bank planował wprowadzić ujemnie oprocentowane lokaty dla klientów indywidualnych (wcześniej takie lokaty funkcjonowały już w kontekście firm). Oznaczałoby to, że za trzymanie pieniędzy na lokacie, nie będziemy już otrzymywali pieniędzy, a wręcz przeciwnie – będziemy płacić.

Niekorzystna sytuacja na rynku lokat, która jest bezpośrednim efektem działania banku centralnego, zaowocowała tym, że Polacy od początku pandemii wypłacili prawie jedną trzecią swoich pieniędzy z banków. Jest to 93 mld złotych. Tak znaczącego odpływu pieniędzy z banków nie obserwowaliśmy od 1996 roku, kiedy to dane te zaczęły być gromadzone.

Sytuacja złota

Cena złota w dalszym ciągu znajduje się na najniższych poziomach od początku roku, choć po tym, jak 8 marca dotknęła poziomu 1 680 USD, zaobserwować można było lekkie odbicie lub przynajmniej wyhamowanie spadków.

W świetle wszystkich, wyżej podanych informacji, niższa cena kruszcu przyczyniła się do wyraźnie wzmożonych zakupów. Choć Goldman Sachs obniżył swoje prognozy dla złota z 2 300 na 2 000 USD, czynniki fundamentalne przemawiają zdecydowanie na korzyść dalszych wzrostów, co potwierdza tylko znaczenie królewskiego kruszcu jako długoterminowego aktywa strategicznego, szczególnie pomocnego w walce z inflacją.

 

Michał Tekliński