Zainwestuj z „lichwiarzem”, czyli inwestycja w udziały w pożyczkach

Pożyczki społecznościowe nie przyjęły się w Polsce. Na rynku jednak pojawia się nowy trend – udział w pożyczkach już udzielonych. Czy „inwestowanie z lichwiarzem” jest bezpieczne?

Pod koniec pierwszej dekady XXI w. w Polsce pojawił się rynek pożyczek społecznościowych. Na dedykowanych platformach internetowych można było pożyczyć pieniądze innym użytkownikom. Było to lepiej oprocentowane niż lokata w banku, a pożyczkobiorca mógł pożyczyć na lepszy procent niż u lichwiarza.

Jednak od stycznia 2018 kokos.pl, największy tego typu serwis, zmienił profil działalności. Nadzór bankowy uznał, że jest to działalność zbyt niebezpieczna dla konsumenta, mimo że w USA i Wielkiej Brytanii największe tego typu platformy wielkością obrotów przypominają całkiem solidny bank.

Faktem jest, że początki pożyczek społecznościowych w Polsce to sporo oszustw i gigantyczne ryzyko dla pożyczkodawców. Platformy próbowały to mitygować, oferując różnego rodzaju ubezpieczenia. Ostatecznie indywidualni pożyczkodawcy nie pokochali social lending.

Czytaj także: Inwestycje rentierskie

Teraz po pieniądze Polaków przychodzą pośrednicy

Teoretycznie model jest prosty. Firma pożyczkowa pożycza pieniądze, załóżmy 10 tys. €. Ma zysk, powiedzmy, 50% rocznie. Tyle że teraz musi czekać, aż klient zwróci pieniądze. Co może zrobić? Przyjść do platformy pośredniczącej, sprzedać zadłużenie, oferując udział w zyskach na poziomie 15% (czyli 30% zysków), a odzyskane 10 tys. € ponownie pożyczyć na 50%. Oczywiście po drodze odpali dolę pośrednikowi, czyli platformie internetowej. W miarę jak klient spłaca pożyczkę, „oryginalny” pożyczkodawca oddaje ją za pośrednictwem platformy inwestorowi, a „swój” procent zysków zachowuje.

W Polsce to wciąż stosunkowa nowość i, na ile zdołałem ustalić, nie ma krajowych serwisów, które działałyby w ten sposób. Jednak europejski lider na tym rynku – Mintos – posiada dedykowaną polską wersję językową i pozwala na inwestycje w konkretnej walucie (może to być złotówka). Jednak uwaga! Nasze środki i tak są przewalutowywane na euro i w tej walucie rozliczane.

W Stanach Zjednoczonych ogromną popularność zyskuje serwis Yield Street, jednak jego filozofia jest nieco inna. Tam użytkownicy kupują cząstkowe udziały w wielkich projektach, w które inwestuje bezpośrednio Yield Street, a minimalna kwota inwestycji to z reguły 10 tys. $. Zupełnie inaczej jest w Europie.

Na rynku unijnym działa przynajmniej kilkanaście tego typu serwisów. Jednak tylko w trzech wartość pozyskanych środków przekracza 100 mln €. Są to wspomniany już Mintos – lider rynku z pożyczkami na prawie 1,6 mld €, TWINO (ok. 500 mln €) i October.eu (ok. 250 mln €).

Czytaj także: Systematyczne inwestycje mogą popłacać

Jak to działa?

Użytkownik indywidualny przelewa pieniądze na konto firmy. Następnie należy wybrać projekty, w które chce się zainwestować. Można zrobić to ręcznie lub zaznaczyć pożądane kryteria i pozwolić działać algorytmom. Generalnie minimalna kwota, którą można zainwestować w pojedynczą pożyczkę to ok. 10-20 €, w zależności od serwisu. Można podzielić swoje środki pomiędzy całą masę pożyczek zdywersyfikowanych geograficznie. Następnie wystarczy usiąść w fotelu i liczyć zyski. Przynajmniej teoretycznie. Mintos chwali się, że średnia stopa zwrotu netto dla inwestorów to 11,7%. Robi wrażenie, prawda?

Tyle że jeśli coś jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe, to z reguły nie jest prawdziwe. Także obraz „inwestowania z lichwiarzem” nie jest taki różowy, jak chciałyby te serwisy.

Czytaj także: Czy rynek inwestycyjny przekona do siebie millenialsów?

Po pierwsze: ryzyko

Znacznie większe niż inwestowanie na giełdzie. Według szacunków BIK ok. 30-50% pożyczkobiorców w firmach chwilówkowych ma problemy z terminową spłatą zobowiązań. Wysokie oprocentowanie takich pożyczek nie jest przypadkowe – zyski z pożyczek spłacanych muszą pokryć straty na niespłaconych. Tymczasem inwestor wtórny ma te zyski dużo, dużo niższe niż pożyczkodawca pierwotny.

Naturalnie serwisy pośredniczące prześcigają się w udzielaniu różnych gwarancji. „Jeśli pożyczkobiorca nie spłaci to spłacimy my albo pożyczkodawca pierwotny” głoszą z dumą. Naturalnie trzeba za to dopłacić, a na przykład TWINO nie ubezpiecza pożyczek z najwyższymi ratingami. Tyle że ich najwyższe ratingi to i tak w większości pożyczkobiorcy, których banki odesłały z kwitkiem.

Po drugie: wiarygodność

Nawet jeśli zdecydujemy się na pożyczkę z gwarancją, to dochodzimy do kolejnego punktu – wiarygodności. Większość serwisów zarejestrowana jest w krajach bałtyckich, gdzie nadzory finansowe znane są z liberalnego podejścia i odwracania wzroku w odpowiednim momencie. Jedyną gwarancją naszych pieniędzy są obietnice FinTechu. To nie jest bank, firma ubezpieczeniowa ani inna instytucja z niezależnym systemem gwarancji. Jeśli któregoś dnia splajtują – szukaj wiatru w polu. Nie chcę przez to powiedzieć, że te firmy oszukują. Ale póki co wszystkie działały w warunkach relatywnej prosperity gospodarczej. Czy wytrzymają kryzys? Czy wystarczy im środków na uruchomienie gwarancji, gdy masowo zaczną padać pożyczkodawcy pierwotni?

Po trzecie: płynność

Jeśli nasze pieniądze zostaną zainwestowane w pięcioletnią pożyczkę, nie ma szans na wcześniejszą wypłatę środków. Nawet na zasadzie rezygnacji z odsetek. Nasze pieniądze są zamrożone na podany czas. Potrzebujesz pilnie środków? Weź chwilówkę! Może potem ktoś zrefinansuje ją na Mintosie.

Gwoli uczciwości trzeba zauważyć, że akurat Mintos ma mechanizm pozwalający na wcześniejsze wyjście z inwestycji – rynek wtórny. Możemy tam sprzedać nasze „udziały” w pożyczce innym klientom platformy i odzyskać pieniądze przed czasem, choć zapewne będziemy musieli dać odkupującemu jakiś upust, czyli pogodzić się ze stratą na inwestycji.

Czytaj także: Ryzyko i oszustwo - gdzie leży granica?

Kwestia podatkowa

Na koniec trzeba pamiętać, że zarobiona kwota to kwota brutto. Co roku trzeba pamiętać, by samemu podsumować swoje dochody z platform i wpisać je w PIT-38 („giełdowym”), a następnie zapłacić należny podatek. Żadna z platform pożyczkowych nie wyśle informacji PIT-8C, którą wysyłają polskie biura maklerskie.

„Inwestuj z lichwiarzem” może być ciekawą propozycją dla osób z bardzo dużą skłonnością do ryzyka, które lubią testować nowe rozwiązania na rynku finansowym. Jednak osobom nielubiącym hazardu sugerowałbym raczej giełdę – większa przejrzystość i kontrola. Nawet przy ostatnim zamieszaniu wokół KNF zaufałbym tej instytucji bardziej niż młodym startupom zarejestrowanym w krajach bałtyckich.

Czytaj także: Zarobki w NBP. Adam Glapiński poprze ustawę o jawności wynagrodzeń, jeśli taka powstanie

Powyższy tekst ma na celu jedynie edukację i jest wyrazem prywatnych poglądów autora. Nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej.

Pamiętaj, że to Ty jesteś swoim najlepszym doradcą finansowym i podejmujesz decyzje na własną odpowiedzialność. Każda inwestycja wiąże się z ryzykiem straty części lub całości zainwestowanych pieniędzy.

Photo by John Schnobrich on Unsplash

Rynek inwestycji alternatywnych i dóbr luksusowych - POBIERZ PDF

Krzysztof Krzemień