Ryzyko i oszustwo – gdzie jest granica?

Inwestycje wiążą się z ryzykiem, a im wyższy potencjalny zysk tym większe ryzyko. To najważniejsza zasada inwestycji. Strata jest nieodłączną częścią inwestycji i biznesu. Ale co jeśli strata jest wynikiem oszustwa? Czy inwestor powinien wliczać ryzyko oszustwa do swojego procesu decyzyjnego?

„Każda inwestycja wiąże się z ryzykiem straty części lub całości zainwestowanych pieniędzy”. Powtarzamy to pod każdym naszym artykułem o inwestowaniu. Nie ma stuprocentowo bezpiecznych inwestycji.

Lokaty bankowe teoretycznie zabezpieczone są do kwoty 100 tys. euro, ale w przypadku poważnego kryzysu bankowego i upadku banku z pierwszej piątki środków w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym nie wystarczy na zaspokojenie potrzeb oszczędzających.

Obligacje Skarbowe wydają się najbezpieczniejszą lokatą kapitału, ale posiadacze obligacji argentyńskich czy greckich zapewne nie zgodzą się z tym stwierdzeniem. Podobnie jak obligatariusze rządu II Rzeczpospolitej.

Nieruchomości? Zagrażają im katastrofy naturalne, budowlane, wojny, terroryzm i wiele innych czynników.

Jedną z najbezpieczniejszych lokat kapitału są metale szlachetne i złoto, ale nawet one mogą paść łupem złodzieja, a w krótkim i średnim terminie stracić nieco na wartości.

Naturalnie większość przedstawionych przeze mnie zagrożeń to zdarzenia o małym albo wręcz znikomym prawdopodobieństwie. Dlatego wymienione wyżej sposoby oszczędzania i inwestowania zaliczane są generalnie do grona bezpiecznych. Ryzyko i prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzeń niepożądanych to jeden z kluczowych czynników, które powinien brać pod uwagę inwestor przy lokowaniu kapitału.

Ludzie mają często problemy z szacowaniem ryzyka i prawdopodobieństwa. Na ich postrzeganie wpływają jednostkowe przypadki, dowody anegdotyczne i wypaczony przez media obraz świata.

Dla przykładu: na pewno każdy z nas zna ludzi, którzy panicznie boją się latać samolotem. Dla odmiany osób panicznie bojących się wsiąść do samochodu jest bardzo mało. Tymczasem ryzyko śmierci w wypadku samochodowym jest ok. 30-krotnie wyższe niż w katastrofie lotniczej. Nawet jeśli dojdzie do wypadku lotniczego, to ginie w nich ok. 4% uczestniczących pasażerów. Skąd więc paniczny strach przed lataniem?

Co jakiś czas wydarzają się koszmarne katastrofy, w których ginie na raz kilkaset osób, a media żyją tym przez tygodnie. Tymczasem w 2017 r. na całym świecie w wypadkach lotniczych zginęły 44 osoby. Tylko w Polsce na drogach w tym czasie zginęło ponad 2800 osób, a niemal 40 tys. zostało rannych.

Czytaj także: Leszek Czarnecki o GetBack: To był bardzo bezpieczny model biznesowy

Szacowanie ryzyka i konflikt interesów

Tak z ręką na sercu: kto z was sprawdził statystyczne ryzyko straty na danej inwestycji przed jej dokonaniem? Kto w ogóle potrafiłby je policzyć na podstawie ogólnodostępnych danych?

Nie jest to łatwe zadanie dla zwykłego inwestora indywidualnego. Potężne korporacje zatrudniają w tym celu wysoko wykwalifikowanych specjalistów dysponujących wyrafinowanym oprogramowaniem. A i oni się mylą.

A czasami mają bardzo dobre powody, żeby się mylić. Analitycy finansowi, zwłaszcza ci publikujący swoje raporty dla ogółu inwestorów, to najczęściej pracownicy biur maklerskich, banków i innych instytucji finansowych. To rodzi naturalny konflikt interesów. Wiele tych instytucji zarabia na obrotach na danym papierze, więc pozytywne skrzywienie ocen analitycznych pomaga napędzić klientów i zyski ich pracodawcy.

Z kolei agencje ratingowe teoretycznie mają szacować ryzyko inwestycji i wydawać oceny wykorzystywane przez innych inwestorów. Ale kto opłaca ratingi? Oceniane firmy. Czy w takim razie agencja ratingowa może rzetelnie ocenić ryzyko?

Historia finansów pełna jest spektakularnych krachów, przed którymi nikt "nie widział" ryzyka. Albo nie chciał go widzieć.

W 2001 r. upadł amerykański koncern energetyczny Enron. Inwestorzy stracili miliardy przez fałszowanie księgowości firmy. Co więcej w fałszowaniu pomagał audytor, firma Arthur Andersen. Kongres Stanów Zjednoczonych miał też wiele zastrzeżeń do postawy agencji ratingowych w tej sprawie.

Kolejny przypadek miał miejsce podczas kryzysu 2007-2009. Wyszło wówczas na jaw, że śmieciowe obligacje oparte na kredytach subprime otrzymywały od agencji ratingowych najlepsze oceny (były przez nie uznawane za papiery najmniejszego ryzyka). To przyczyniło się do gigantycznego kryzysu finansowego, jednak nikt nie poniósł za to odpowiedzialności.

W tym roku podobny przypadek mieliśmy na naszym rynku. GetBack, firma którą jeszcze pod koniec zeszłego roku zachwycali się wszyscy analitycy, jest w trakcie postępowania układowego i jest praktycznie niewypłacalny. Niemal do końca agencje ratingowe i analitycy nie widzieli problemu. Jeszcze 9 kwietnia Eurorating potwierdził rating „BB” GatBacku. 16 kwietnia 2018 r. Giełda Papierów Wartościowych zawiesiła w atmosferze skandalu notowania akcji i obligacji firmy. W chwili pisania artykułu (połowa maja) wciąż pozostają zawieszone, a GetBack nie ogłosił raportu rocznego za 2017 r., choć zapowiedział nawet 1 mld zł (!!!) strat.

Skąd nagle takie straty? Odpisy aktualizujące wartości posiadanych portfeli wierzytelności. Tłumaczenie: „Daliśmy wyceny z kosmosu, a nasze portfele warte są dużo mniej. Chcieliśmy opchnąć obligacje, wiecie”.

Niepotwierdzone oficjalnie informacje mówią o pracownikach banków zachwalających obligacje GetBacku jako „absolutnie pewną inwestycję bez ryzyka” w marcu 2018 r., gdy cała konstrukcja ewidentnie się chwiała.

Czy analitycy i audytorzy nie widzieli tych przeszacowań portfeli? A może nie chcieli widzieć? GetBack płacił wysokie prowizje instytucjom emitującym i dystrybuującym jego papiery wartościowe. Niepotwierdzone oficjalnie informacje mówią o pracownikach banków zachwalających obligacje GetBacku jako „absolutnie pewną inwestycję bez ryzyka” w marcu 2018 r., gdy cała konstrukcja ewidentnie się chwiała. Dystrybutorzy oczywiście nie oddadzą zarobionych na tym prowizji. Podobnie jak z polisolokat, kredytów frankowych i innego wciskania klientom produktów niedopasowanych do ich profilu inwestycyjnego.

Oszustwo czy ryzyko?

Ryzyko to coś naturalnego w życiu i biznesie. Każdego dnia podejmujemy setki decyzji niosących większe i mniejsze ryzyko: przechodzimy przez jezdnię, decydujemy o ulokowaniu oszczędności, zmieniamy pracę.

Jednak czymś zupełnie innym jest ryzyko podejmowane w oparciu o nieprawdziwe informacje. To wypacza cały sens gry rynkowej. Jeśli nie mogę uwierzyć raportom firm, w jaki sposób mam powierzyć pieniądze rynkowi kapitałowemu?

I tu dochodzimy do ostatniego elementu układanki. W gospodarce rynkowej jedną z najważniejszych funkcji państwa jest zapewnienie równych zasad gry i eliminowanie oszustw. Na rynku kapitałowym mamy od tego specjalnie powołaną instytucję – Komisję Nadzoru Finansowego.

Nie wiemy jeszcze kto jest winny (to powinno wyjaśnić śledztwo prokuratury), ale to KNF, jako instytucja nadzorująca rynek ponosi przynajmniej moralną odpowiedzialność za aferę.

Pytanie, które musimy sobie zadać, to: dlaczego KNF nie zainteresowała się ewidentnym przypadkiem oszustwa? Nie można inaczej nazwać tak ordynarnego pudrowania raportów jak w przypadku GetBacku. Nie wiemy jeszcze kto jest winny (to powinno wyjaśnić śledztwo prokuratury), ale to KNF, jako instytucja nadzorująca rynek ponosi przynajmniej moralną odpowiedzialność za aferę. Komisja często działa skutecznie i wyprzedzająco, choćby w kwestii pilnowania wymogów kapitałowych dla banków. Jednak w kwestiach zabezpieczenia interesów osób fizycznych w kontaktach z bankami często jest spóźniona. Tak było np. z rekomendacją S, aktualizowaną w 2013 r., długo po największych nadużyciach w dziedzinie kredytów hipotecznych. Tak jest z aferą GetBacku, gdy zawiodło kompletnie ramię nadzorujące rynek kapitałowy. A klienci skarżący się na misseling powinni zgłosić się do prokuratury, nie do KNF.

Czy w związku z tym inwestorzy powinni uwzględniać oszustwo jako kolejne ryzyko? Czy muszą liczyć się z tym, że inwestując w Polsce trafią na kolejny GetBack? Niestety wszystko na to wskazuje, a to odrzuci kolejne osoby od rynku kapitałowego. Tak jak w przypadku transportu, widoczniejsza będzie jedna katastrofa GetBacku niż dziesiątki firm regularnie wypłacające dywidendę swoim akcjonariuszom.

Jak zmniejszyć ryzyko oszustwa?

Nie można wykluczyć padnięcia ofiarą oszustwa. Tak jak nie możemy całkowicie wykluczyć ryzyka, że padniemy ofiarą napadu rabunkowego. Większość z nas wie jednak, że nie należy chodzić nocą po niebezpiecznych dzielnicach machając wypchanym portfelem. Także w inwestowaniu istnieją zasady zmniejszające ryzyko.

  1. Nigdy nie rób interesów z kimś, kto obiecuje wysoki zysk bez ryzyka. Albo proponuje ci udział w ewidentnym oszustwie, jak piramida finansowa albo chce ci sprzedać ryzykowny produkt bez pełnej informacji albo sam po prostu nie ma o tym pojęcia. Dotyczy to również prostych produktów, jak złoto. Żaden uczciwy dystrybutor nie powie, że „zawsze będzie rosło”.
  2. Dywersyfikuj. Czyli lokuj swoje pieniądze w różne instrumenty i branże. Część w inwestycje bardziej ryzykowne, część w mniej ryzykowne. Jeśli dysponujesz większymi środkami, dobrze dywersyfikować je geograficznie, czyli lokować w różnych krajach i walutach. Wówczas straty w jednym miejscu mogą ci powetować zyski w innych.
  3. Nie próbuj stawiać na „złoty strzał”. Lokowanie wszystkich pieniędzy w jednym miejscu to prosta droga do katastrofy, nawet jeśli masz 100% pewności, że to jest ten interes, na który czekasz całe życie.
  4. Nie inwestuj w coś czego nie rozumiesz. Doświadczeni inwestorzy lokowali pieniądze w GetBack jako część ryzykownego portfela i znali ryzyko wynikające z inwestowania w obligacje korporacyjne. Jednak niektórym wydawało się, że wkładają pieniądze na „coś a’la lokata” i kompletnie nie rozumieli specyfiki rynku, na którym inwestują.

Fot. GooKingSword, pixabay.com, CC0

Kaplica Sykstyńska - perła renesansu w sasięgu ręki - SPRAWDŹ

Krzysztof Krzemień