Największy skok w PRL - milionerzy z Wołowa

4 grudnia 1962 roku ruszył proces gangu „Milionerów z Wołowa”. Stawką było ich życie, jednak zamiast kary śmierci padły wyroki dożywocia, zmienione później na 25 lat. Kim byli „Milionerzy z Wołowa”? Nasze pokolenie już tego nie pamięta, ale gdyby zapytać starszych mieszkańców Wołowa lub naszych rodziców, bez wątpienia znaliby odpowiedź…

19 sierpnia 1962 roku, późny wieczór. Dwóch zamaskowanych mężczyzn dostaje się do banku, gdzie z pomocą broni terroryzują i obezwładniają strażnika. Po chwili pod bank podjeżdża Warszawa, z której wychodzą kolejni członkowie gangu. Mają ze sobą ciężkie torby z narzędziami.

Z niższej kondygnacji przebijają się przez podłogę do skarbca głównego, używając do tego m.in. lewarka samochodowego. Później przez kilka godzin rozwiercają sejf, z którego ostatecznie wyciągają 12 531 000 złotych (ponad 7 tysięcy razy więcej, niż wynosiło ówczesne średnie wynagrodzenie). Są to m.in. pieniądze przeznaczone na wypłaty dla pracowników lokalnych PGRów. Na koniec rozlewają na podłodze olej, by zmylić milicyjne psy i odjeżdżają.

Rankiem w tej sennej, podwrocławskiej miejscowości, pojawiają się milicjanci z całej Polski. Prowadzone są całodziennie przesłuchania pracowników banku.

Rozpoczyna się śledztwo…

Nie ulegało wątpliwości, że złodziejom musiał pomagać ktoś z banku, ponieważ dysponowali oni bardzo dużym rozeznaniem w kwestiach, o których nie powinni mieć pojęcia. Wybrali dzień, w którym w skarbcu było bardzo dużo pieniędzy. Wiedzieli o tym, że część podłogi w skarbcu była remontowana i beton jeszcze nie stężał w pełni. Wiedzieli także, że strażnik nie posiadał przy sobie broni – była ona zamknięta w sejfie.

Jednak najistotniejszą kwestię w śledztwie odgrywały numery seryjne nowych banknotów o nominale 500 złotych. Milicja znała te numery i przekazała je do niemalże wszystkich sklepów w Polsce. By sprowokować błąd przestępców, podano do wiadomości publicznej fałszywą informację o zbliżającej się wymianie pieniędzy. Nauczeni przykrymi doświadczeniami z roku 1950 obywatele mieli się na baczności. W sklepach zaczęły pojawiać się banknoty pochodzące z kradzieży (m.in. w Gliwicach, Kluczborku, Opolu i Ostrowie Wielkopolskim). Jednak na poważniejszy trop milicja wpadła w momencie, gdy siostra jednego ze sprawców próbowała wpłacić 18 000 złotych na konto w oddziale NBP w Pruszczu Gdańskim.

Bardzo szybko ujęto sprawców i odzyskano ponad 11 milionów złotych. Ze skradzionej kwoty rabusie zdążyli wydać zaledwie 150 000 złotych. Część pieniędzy spalili kilka dni przed zatrzymaniem.

Wyrok

W procesie, który odbywał się 4 grudnia 1962 przed Sądem Wojewódzkim we Wrocławiu, stawką było życie oskarżonych – w owym czasie groziła im kara śmierci. Jednak pięciu głównych sprawców skazanych zostało na dożywocie, które później zmienione zostało na 25 lat pozbawienia wolności. Dwie osoby, które współpracowały ze sprawcami, zostały skazane na 15 lat pozbawienia wolności, zaś dwadzieścia innych osób z najbliższego otoczenia, którym postawiono zarzuty pomocnictwa, paserstwa lub niepowiadomienia organów ścigania o popełnionym przestępstwie, skazano na kary od 1 do 8 lat więzienia. Ostatni ze skazanych opuścili więzienie w 1979 roku i już nigdy, żaden z nich nie popadł w konflikt z prawem.

Gangsterzy?

Najbardziej zadziwiające w tej całej sprawie jest to, że włamywaczami nie byli gangsterzy ani członkowie mafii. Byli to zwyczajni obywatele, a niektórzy z nich mieszkali nawet w Wołowie. Skok był pomysłem właściciela zakładu naprawy RTV, który montował w banku system alarmowy. Namówił on do udziału w napadzie swoich kolegów, z których jeden był taksówkarzem (właścicielem Warszawy), a drugi rymarzem. Wynajęli garaż w okolicy banku, by móc go obserwować. Resztę zespołu uzupełnili brat elektronika oraz właściciel warsztatu samochodowego, w którym przeprowadzane były próby wyważenia stropu za pomocą lewarka. Wtyczką w banku był skarbnik.

Symboliczny epilog całej sprawy miał miejsce w 1997 roku. W trakcie powodzi tysiąclecia woda zalała archiwum we Wrocławiu, niszcząc wszystkie akta sądowe sprawy.

fot. Susi Pator, flickr.com, Public Domain

Bartosz Adamiak