Tulipomania

Historia gospodarcza naznaczona jest wieloma przypadkami kryzysów oraz krachów. Sinusoidalny charakter kondycji ekonomii światowej jest jednym z głównych objawów takiego stanu rzeczy. Pomijając rozległe przyczyny makroekonomiczne oraz geopolityczne niemałe znaczenie w tej kwestii odgrywa behawioryzm, który pokazuje jak ważna w tym wszystkim jest psychika społeczna.

Jednym z najdziwniejszych przykładów kryzysu gospodarczego jest Tulipomania – holenderska bańka spekulacyjna siejąca pogrom w XVII wieku. Wszystko zaczęło się w 1594 roku, kiedy to Charles de l'Escluse (wybitny francuski lekarz i botanik uważany za ojca mikrobiologii) otrzymał w prezencie od swojego przyjaciela, Ogiera de Busbecq (również sławnego botanika i ambasadora francuskiego na dworze w Konstantynopolu), cebulki tulipanów. Były to kwiaty nieznane jeszcze wtedy w Europie. Pierwotnie rosły one jedynie w gorącym tureckim środowisku i ciężko znosiły zmiany temperatury otoczenia.

Przez kilka lat Charles krzyżował różne gatunki tulipanów, aż w końcu udało mu się wyhodować odmianę, która potrafiła znieść dużo zimniejszy holenderski klimat. Niestety, francuski botanik nie mógł na długo zatrzymać swojego sukcesu dla siebie, ponieważ szybko wykradziono mu cebulki i zaczęto rozprowadzać je po całym kraju. Trzeba tu zaznaczyć, że już po kilku miesiącach kwiaty te zdobyły ogromną popularność w Europie zachodniej ze względu na swoją wyjątkową urodę oraz orientalny charakter.

Tulipomania lub, jak niektórzy ją określają, gorączka tulipanowa, opanowała kontynent w błyskawicznym tempie. Charakterystyczne kwiaty przez następne lata stały się symbolem wysokiej pozycji społecznej, luksusu oraz bogactwa. Francuskie damy dworu przyozdabiały tulipanami swoje dekolty na balach, a holenderscy możnowładcy zakładali całe ogrody tylko po to, aby pokazać wszem i wobec swoje wpływy. Nawet biedniejsi starali się nabyć chociaż kilka cennych roślin, żeby wzbudzić tym zazdrość sąsiadów. Równocześnie cena cebulki tulipana cały czas rosła.

gorączka tulipanowa

By JayHenry - Own work from data of Thompson, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4892710

W XVII wieku holenderskie uprawy zaatakował wirus pstrości tulipana. Pod jego wpływem łodyga oraz cebulka kwiatu ulegały osłabieniu, ale w zamian liście i płatki pokrywały się mozaiką plam oraz smug. Ulegały one także postrzępieniu lub pofałdowaniu, co jeszcze bardziej modyfikowało ich wygląd. Wystąpienie tej choroby było niewątpliwie punktem zapalnym dla ogromnego kryzysu poprzedzonego krótką hossą.

W dość szybkim tempie na średniowiecznym rynku tulipanów zaczęła się pojawiać bańka. Kupcy porzucili swoje dotychczasowe zajęcia, zaciągnęli kredyty i wzięli się za handel tulipanami. Coraz więcej osób chciało posiadać wyjątkowe rośliny, popyt rósł więc w zastraszającym tempie. Hodowla była jednak trudna, a ze względu na powszechną już wtedy chorobę wiele kwiatów więdło. Z tego też powodu podaż miała niski poziom, a cena cebulek tulipana rosła praktycznie z dnia na dzień.

Kaplica Sykstyńska - perła renesansu w sasięgu ręki - SPRAWDŹ

Tulipomania rozprzestrzeniała się w najlepsze. Coraz więcej osób chciało handlować kwiatami, a coraz mniej stać było na ich kupno. Dla uzmysłowienia skali tego zjawiska wystarczy podać przykład sławnego Semper Augustus. Był to jeden z najdroższych kwiatów w historii. Jego cebulka osiągnęła na aukcji w Harlemie niebotyczną cenę 6000 guldenów. Historycy szacują, że kwota ta to równowartość ok. miliona euro. Za 3000 guldenów można było kupić w tamtym czasie okręt kupiecki wyładowany po brzegi towarami na eksport. Nietrudno więc zauważyć, że tulipomania przyprawiła niektórych o obłęd, doprowadzając do niezwykle kuriozalnych sytuacji. Ten kryzys nie mógł się skończyć dobrze.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, nie tylko majętni i świadomi ryzyka kupcy zwietrzyli interes w tulipanowej zawierusze. W tamtym czasie wiele osób zastawiło swoje domy i wyprzedało całe majątki tylko po to, żeby zaopatrzyć się w tę jedną upragnioną cebulkę, wyhodować roślinę i sprzedać ją z zyskiem. Nabywano nawet prawa do sprzedaży kwiatu w przyszłości po określonej cenie (odpowiednik dzisiejszych kontraktów terminowych). Taki proceder nazywano często handlem powietrzem, ponieważ ludzie inwestowali w coś zupełnie niematerialnego. Nie wiadomo było, co wyrośnie z cebulki i czy kwiat przetrwa w ogóle do momentu, w którym będzie można go sprzedać.

Do przełomu doszło w 1637 roku. Wtedy to na holenderskiej giełdzie kupieckiej w Harlemie nastąpiło załamanie rynku. Po prostu w pewnym momencie okazało się, że ceny są tak kuriozalnie wysokie, iż ludzie nie chcą już kupować cebulek kwiatów. W jednej chwili kupcy znaleźli się w pozycji kryzysowej. Nie mieli kapitału, ponieważ wszystko wydali na rośliny, których już nikt nie chciał kupować ze względu na ich ogromne ceny. Do tego sytuację pogarszał pozostający bez pokrycia handel powietrzem. Krajem wstrząsnęła fala samosądów, bankructw i samobójstw.

Holendrzy nie nauczyli się jednak niczego i po stu latach oszaleli na punkcie hiacyntów...

fot. PublicDomainPictures, pixabay.com, CC0

enEnglish (angielski)

Wojciech Czekaj