„Zielona Wyspa” – Kryzys Subprime w Polsce

Kiedy świat stanął na granicy katastrofy, polska gospodarka nadal się rozwijała. Czy, jak chcieliby rządzący, to efekt przewidującej władzy, która dobrze opiekowała się narodem? Czy może raczej konserwatyzmu polskich banków i szczęśliwego zbiegu okoliczności?

Kryzys Subprime rozpoczął się od kryzysu kredytowego, a następnie bankowego w Stanach Zjednoczonych. USA weszły w dwuletnią recesję, a liczba bezrobotnych wzrosła dwukrotnie. Problemy rozlały się na resztę świata, zwłaszcza na Europę, gdzie mieszanina toksycznych bankowych aktywów, pękających baniek na rynkach nieruchomości i nieodpowiedzialnych wydatków rządowych doprowadziła do kryzysu zadłużenia w strefie euro.

Czytaj także: Czy Polska zbankrutuje podczas kolejnego kryzysu?

Kiedy świat stoczył się w recesję, a PKB państw bałtyckich spadał o kilkanaście procent rocznie, Polska wciąż się rozwijała, choć powoli. I choć w I kw. 2009 r. tempo wzrostu spadło poniżej jednego procenta, Polska nie tylko nie zanotowała technicznej recesji (dwa kwartały z rzędu na minusie), ale nawet jednego kwartału poniżej zera. Jedynie Australia może się pochwalić dłuższą serią kwartałów z dodatnią zmianą PKB. Liczony dla całego kryzysowego 2009 r. wzrost PKB wyniósł w Polsce 2,8%, podczas gdy Czechy i Słowacja znalazły się prawie 5% na minusie, Niemcy stracili 5,1%, a Wielka Brytania 4,3%.

Rządząca wówczas w Polsce koalicja PO-PSL postanowiła to wykorzystać. W mediach oglądaliśmy mapy czerwonej Europy (czerwień w ekonomii tradycyjnie symbolizuje spadki) z „zieloną wyspą” w postaci Polski (zieleń symbolizuje wzrost). Faktycznie, jako jedyny kraj w Unii Europejskiej nie odnotowaliśmy spadku PKB w czasie kryzysu. Jednak czy to oznacza, że przeszliśmy przez niego suchą stopą? Niekoniecznie.

Czytaj także: Jak przygotować się na kryzys?

Najbardziej ucierpiały polskie rynki finansowe

W latach 2007-2009 WIG20 spadł aż o 66% i do dziś nie wrócił na przedkryzysowe poziomy. Warto pamiętać, że w latach 2003-2007 mieliśmy w Polsce bezprecedensową hossę na rynku akcji, gdy WIG20 wzrósł niemal czterokrotnie.

Gospodarka, napędzana wejściem do Unii Europejskiej, rosła jak na drożdżach. Masowa emigracja zmniejszyła bezrobocie, jednocześnie zasilając gospodarkę transferami zza granicy. Dostępność kredytów mieszkaniowych i rosnące dochody Polaków wywindowały ceny nieruchomości, co z kolei podbijało kursy akcji firm deweloperskich. Eksporterzy, korzystając z dostępu do unijnego rynku, raportowali potężne wzrosty przychodów i zysków. Banki, udzielające na potęgę kredytów przy stosunkowo wysokich stopach procentowych przynosiły znacznie wyższe zyski niż ich zachodnioeuropejscy odpowiednicy. Kursy akcji gwałtownie rosły, zwłaszcza małych i średnich firm. Fundusze akcji polskich wykazywały wysokie wzrosty, a oszczędzający, zachęceni przez doradców bankowych, zasilali wzrosty giełdowe, przelewając do funduszy swoje pieniądze.

Gwałtowne spadki na giełdach sprawiły, że wiele osób straciło znaczącą część oszczędności życia. Jak to przy większości baniek bywa, „ulica” wchodziła w większości „na górce”.

Gospodarka Polski, nastawiona głównie na eksport, odczuła dość boleśnie spadek konsumpcji w Europie. Bezrobocie zaczęło powoli rosnąć z 9% w 2008 r. do przeszło 14% w 2013, choć w porównaniu do tąpnięć na rynku pracy w południowej Europie była to wręcz zmiana kosmetyczna.

Jednak najważniejszym problemem okazały się gwałtowne zmiany kursów walut.

Czytaj także: Filmy o kryzysie finansowym, które warto obejrzeć

Waluty i kryzys opcji walutowych

W dniu naszego wejścia do Unii Europejskiej za jedno Euro płaciliśmy 4,80 zł. Napływ inwestycji zagranicznych oraz transferów od emigrantów stopniowo umacniały naszą walutę. 31 lipca 2008 r. jedno euro można było kupić za 3,20 zł. Jeśli ktoś tego dnia obstawił na Forex osłabienie naszej waluty, zarobił potężne pieniądze.

Jak zwykle w przypadku walut krajów wschodzących (ang. emerging markets), umocnienie waluty następowało stopniowo. Jednak osłabienie przyszło nagle. W ciągu niespełna roku euro zdrożało o ok. 50%. Złotówka podobnie traciła do innych ważnych walut światowych.

Oznaczało to dla nas gwałtowne wzrosty cen importowanych towarów, zwłaszcza paliwa, którego handel rozliczany jest w dolarach. Powodów do zadowolenia nie mieli również posiadacze walutowych kredytów, w tym kredytów hipotecznych denominowanych we franku szwajcarskim, którym gwałtownie wzrosło zadłużenie i wysokość rat.

Czytaj także: Upadek Lehman Brothers

Wydawałoby się, że jeśli ktoś będzie z tego zadowolony to eksporterzy. Przecież jeśli sprzedali towar za 1000€ to w lutym 2009 r. otrzymywali 4900 zł, a nie 3200 zł, jak w lipcu 2008 r. Jednak sytuacja nie była taka prosta, a winne były opcje walutowe.

Opcja to instrument pochodny na rynku finansowym. Od kontraktu terminowego różni się asymetrią. To znaczy, że strona kupująca opcję może ją wykorzystać, ale nie musi. Prawidłowo wykorzystana opcja walutowa to nic innego jak ubezpieczenie od ryzyka kursowego.

Prześledźmy to na przykładzie. Załóżmy, że eksporter potrzebuje kursu euro 3,90 zł, żeby pokryć koszty i osiągnąć zysk. Przy niższym kursie będzie tracił. W związku z tym idzie do wystawcy opcji (np. banku) i kupuje opcję, która pozwala mu w określonym czasie (np. za trzy miesiące) sprzedać określoną ilość waluty (np. 1 mln €) po określonym kursie (np. 3,90). Jeśli kurs euro spadnie poniżej 3,90, przedsiębiorca wykorzystuje opcję i sprzedaje 1 mln euro po 3,90. Jeśli kurs będzie wyższy, przedsiębiorca sprzedaje walutę na rynku po wyższej cenie.

Co ma z tego wystawca opcji? Opłatę. Kupno opcji kosztuje, tym więcej im wyższe jest ryzyko, że wystawca opcji straci. Innymi słowy opcja sprzedaży za 3,90 będzie tania przy kursie 4,50, ale znacznie droższa przy kursie 3,95. Dlatego taka opcja walutowa może być traktowana jako ubezpieczenie.

Niestety polskie firmy zaczęły nadużywać opcji i spekulować. Po pierwsze, zamiast opcji zaczęły kupować forward, czyli formę kontraktu terminowego. W przeciwieństwie do opcji, tutaj musi dojść do rozliczenia transakcji, nawet jeśli kurs jest dla firmy niekorzystny. Po drugie firmy, namówione przez banki, zaczęły wystawiać opcje odwrotne. Pozwoliło to uniknąć opłat za wystawienie bazowej opcji.

Czytaj także: 2 miliony procent od stycznia, czyli cena złota w Wenezueli

Jak to działało w praktyce?

Firma z naszego przykładu kupuje w banku opcję na EUR/PLN po kursie 3,90. Jednocześnie wystawia bankowi opcję po kursie EUR/PLN 4,20. Jeśli kurs będzie niższy niż 3,90 opcję wykorzysta przedsiębiorca. Jeśli powyżej 4,20 opcję wykorzysta bank (kupując walutę od przedsiębiorcy poniżej wartości rynkowej). Wszystko było dobrze, póki złotówka się umacniała. Jednak możecie sobie wyobrazić co się działo przy gwałtownym umocnieniu euro, gdy firmy musiały sprzedawać pozyskaną walutę ze sporą stratą.

A to nie koniec. Niektóre firmy były kuszone wystawianiem opcji o wyższej wartości niż zakupione. W zamian dostawali lepszy kurs. Wyobraźcie sobie naszego prezesa firmy, który potrzebuje trzymiesięcznej opcji. W 2008 kurs wynosi 3,20. Kupuje opcję na 1 mln euro. Bank proponuje, że sprzeda mu ją wręcz po 3,30 (czysty zysk, prawda?), jeśli firma wystawi im opcję na 4 mln euro za 3,60. Euro od pięciu lat się umacnia, więc prezes bez wahania bierze. Tyle, ze po trzech miesiącach euro kosztuje 3,80 zł. Prezes nie tylko musi sprzedać pozyskany z eksportu 1 mln euro ze stratą 200 tys. zł. Musi jeszcze pozyskać z rynku dodatkowe 3 mln euro, tracąc na tym kolejne 600 tys. zł. W efekcie straty z tytułu opcji wynoszą ponad 20% przychodu! A w teorii straty mogły być nieograniczone, bo firma nie miała waluty na pokrycie wystawionych opcji.

Wiele firm w Polsce wystawiało znacznie gorsze opcje niż w naszym przykładzie. Spółka „Odlewnie Polskie” ze Starachowic przyniosła w 2008 r. stratę 104 mln zł przy obrotach 141 mln zł.

Czytaj także: Krótka historia kryzysów finansowych cz. 1

Problemy budżetu i nacjonalizacja OFE

Jeszcze w 2008 r. zadłużenie państwa pozostawało bezpieczne i wynosiło 46,3% PKB. Jednak światowy kryzys i problemy firm spowodowały spadek dochodów do budżetu. Na to nałożył się wzrost świadczeń socjalnych z powodu wzrostu bezrobocia, spadek dochodów z PIT związanych z reformą podatkową pierwszego rządu PiS z 2006 r. i wyższe wydatki na specjalne emerytury, na które zgodził się rząd PiS (m.in. górnicze). W efekcie zadłużenie zaczęło rosnąć.

W 2009 i 2010 r. deficyt budżetowy wyniósł 7,3% PKB. Polska weszła w pierwszy konstytucyjny próg ostrożnościowy, który zakazał zwiększania deficytu (próg został zawieszony decyzją parlamentu w 2013 r.). Od 2011 r. poniesione zostały stawki VAT (z 22 na 23% i z 7 na 8%). W 2013 r. zadłużenie państwa sięgnęło ponad 55%, co oznaczałoby wejście w drugi próg oszczędnościowy i konieczność uchwalenia budżetu bez deficytu, czyli radykalnego cięcia wszystkich wydatków i dalszego podnoszenia podatków. W tej sytuacji rząd PO-PSL znalazł rozwiązanie – nacjonalizacja OFE.
OFE nie miały dobrej prasy. I słusznie. Były nieefektywne i piekielnie drogie. Stanowiły łatwy zarobek dla finansjery, ale bez wyraźnych korzyści dla obywateli.

Rząd postanowił o przymusowym wykupie wszystkich obligacji Skarbu Państwa w posiadaniu OFE. Środki zostały zapisane na specjalnych subkontach w ZUS, ale nie liczyły się już do zadłużenia państwa. Oczywiście to dalej jest zadłużenie, tyle że już „tylko” wobec obywateli, którym kiedyś trzeba będzie wypłacić emerytury. Jednak na papierze zadłużenie państwa spadło skokowo o ponad 5% PKB. Dodatkowo obywatele zostali wypisani z OFE i wszystkie ich składki miały trafiać do ZUS, co zmniejsza bieżącą dziurę w ZUS, powiększając jednocześnie przyszłą. W OFE można było pozostać, ale trzeba było w tym celu złożyć specjalną deklarację.

Dlaczego Polska nie ucierpiała bardziej?

Cały świat płonie, a Polska wychodzi relatywnie obronną ręką? Przecież nie żyjemy na wyspie, wręcz przeciwnie, jesteśmy mocno zależni od kondycji gospodarczej zagranicy, zwłaszcza Niemiec. Na taką sytuację złożyło się kilka czynników.

Po pierwsze nasz system bankowy i nadzór bankowy są stosunkowo konserwatywne

Ich podstawowa działalność dawała na tyle satysfakcjonujące zyski, że nie było sensu wikłać się w toksyczne aktywa z USA. Dzięki temu system bankowy, choć przeżył chwilowy kryzys zaufania, nie wymagał dokapitalizowania przez podatników.

Po drugie w 2007 r. zaczęła się nowa perspektywa budżetowa Unii Europejskiej

Największym beneficjantem Funduszu Spójności na lata 2007-2013 była właśnie Polska, do której zaczęły napływać miliardy euro inwestycji. Budowano drogi, autostrady, baseny i inną infrastrukturę, co uchroniło nas przed zapaścią inwestycji.

Po trzecie równo z kryzysem w życie weszła reforma podatkowa PIT

Zamiast trzech stawek: 19, 30 i 40% wprowadzono dwie: 18 i 32%, przy czym 99% podatników znalazło się w pierwszym progu. To oznaczało znaczący wzrost rozporządzalnego dochodu klasy średniej, co pomogło utrzymać konsumpcję, ale jednocześnie wpłynęło na kłopoty budżetu państwa i gmin (znacząca część dochodu samorządów to udziały w podatkach PIT i CIT).

Po czwarte gwałtowny spadek wartości złotego pozwolił na mocne pobudzenie eksportu, który stał się bardziej opłacalny

Problem z opcjami walutowymi dotyczył tylko części branż, głównie przemysłu ciężkiego. Zachodni konsumenci w obliczu kryzysu stali się bardziej wrażliwi na ceny i chętniej sięgali po konkurencyjne cenowo towary z Polski.

Czy można powiedzieć, że politycy uchronili nas przed kryzysem?

Absolutnie nie. Większość mechanizmów, które zadziałały na naszą korzyść, stanowiły siły niezależne od Warszawy. Reforma podatkowa miała zarówno swoje dobre, jak i złe strony. Trzeba jednak przyznać, że rządzący zdołali nie pogorszyć sytuacji.

Kryzys Subprime nie zapisał się w naszej zbiorowej pamięci jako szczególnie traumatyczne doświadczenie. A szkoda, bo przez to nie jesteśmy gotowi na kolejny kryzys, który przyjdzie na pewno, pytanie tylko kiedy. Podczas gdy Niemcy i Czesi mają nadwyżkę budżetową i spłacają długi, nasz rząd w czasie gospodarczej prosperity cieszy się deficytem poniżej 2%.

Tylko czy jest się z czego cieszyć?

fot. Skitterphoto, pixabay,com, CC0

Inwestycje od A do Z - POBIERZ PDF

Krzysztof Krzemień